W Polsce czyli nigdzie.

Posted in demokracja, polityka, Polska, trybunał, UE with tags , , , , on 15 lipca, 2021 by aristoskr

Jeśli chcesz być człowiekiem jednej książki, w Polsce powinieneś wybrać Króla Ubu, książkę pisaną jako pastisz historii człowieka, czy raczej historii nauczanej w szkole. Pastisz okazał się na tyle uniwersalny, że pasuje jak ulał do naszej praktyki politycznej XXI wieku – bardziej nawet niż Gombrowiczowskie Ferdydurke (polecam przy okazji filmową wersję Skolimowskiego na motywach).

Ale wracajmy do Polski, czyli donikąd. Jako pierwszy przetłumaczył Jarry’ego Tadeusz Boy Żeleński, odnajdując w nim społeczne paralele, choć pogląd, że na jego przekładzie wzorowali się twórcy sanacyjnego reżimu, to oczywiste nadużycie. Że znali Króla Ubu, to bardzo możliwe. Prawdziwa wielkość polega jednak na tym, by budować układ społeczny, nie znając przepisów zawartych w oryginale, a mimo to zachować zadziwiającą wierność. Nie umniejsza to geniuszu Jarry’ego (i Boya), a raczej potwierdza trafność ich obserwacji – oraz dowodzi geniuszu naszych politycznych demiurgów, budujących konsekwentnie dystopię bez zaglądania do scenopisu. Potwierdza się także obiegowy sąd, że historia się powtarza, choć tylko jako farsa (co nie oznacza, że farsa nie skończy się tragicznie).

Problem nie zawsze dostrzegany lub dostrzegany za późno polega na rozciągnięciu procesów społecznych w czasie i na ich niesterowalności. Coś, co nam dziś doskwiera lub przeszkadza, zaczęło się zwykle wiele lat wcześniej i punkty zwrotne ma już za sobą. Punkt bez powrotu często też. Pisał o tym niedawno (12 lipca) Edwin Bendyk. Niewykluczone, że minęliśmy już punkt, w którym odwrócenie procesu jest możliwe, i jedyne, co nam pozostało, to myśleć, ile uda się uratować po katastrofie. Jeśli będzie coś do ratowania.

Skoro więc nie można włączyć hamulca awaryjnego (dawno został zdemontowany), to trzeba planować, jak zbudować naprawdę nowy ład. To wersja bardzo optymistyczna, bo zakładająca, że mamy jakąś przyszłość, jakieś możliwości i odrobinę czasu. Dobrze jest więc mieć plan na taką okazję, nawet jeśli okazja się nie nadarzy.

Nowy ład musi zakładać poprawę życia, możliwość funkcjonowania i nadzieję na rozwój dla (prawie) wszystkich. Jak wiadomo, „prawie” czyni różnicę, ale dla funkcjonariuszy PiS‑u oraz ich aktywnych współpracowników i partnerów „biznesowych” nie może być przyszłości w systemie demokratycznym. Ale to tak naprawdę mniej niż promil obywateli.

Pamiętać trzeba, że podziały społeczne na tych, którzy sobie radzą, i tych, dla których nie ma nadziei, nie powstały za rządów PiS‑u, ale nawarstwiały się przez lata. PiS jedynie je wykorzystało i dało nadzieję oraz środki (a czasem tylko nadzieję) na przeżycie tym, których wcześniej nadziei pozbawiono. Przygotowanie ładu dla wszystkich w ramach nowego projektu dobra wspólnego i demokracji to warunek nie tylko pokonania PiS‑u, ale też dalszego funkcjonowania społeczeństwa. Bez uwzględnienia potrzeb i interesów wyborców PiS‑u nie będzie to możliwe. Mamy postępującą erozję struktur państwa i powiększający się chaos prawny. Jest za to nowe ogrodzenie wokół Sejmu.

Przygotowanie nowego ładu i nowej umowy społecznej to nie tylko obowiązek opozycji, lecz warunek przetrwania państwa i społeczeństwa po ewentualnym przejęciu władzy. Działania muszą być wielotorowe i kierowane nie tylko do grup wyborczych wspierających partie opozycyjne, ale również do deklarujących poparcie dla aktualnego nierządu. Ważna jest też aktywność zagraniczna, tak by nasi partnerzy nie stracili wiary w nasz kraj, choć pewnie już są tego bliscy. Trzeba więc robić swoje (i czasem też cudze) i mieć nadzieję, nawet jeśli nie ma ku temu żadnych przesłanek. Kto wie, może jeszcze się okaże, że Jarry się pomylił i Polska jednak istnieje.

Boy z wami.

PS. 1. Jeden chaos nam się rozwija i czekają nas teraz być może miesiące debatowania, czy jesteśmy tylko jedną, czy już obiema nogami poza strukturami Unii. Jedną na pewno i o pieniądzach z funduszu Odbudowy możemy zapomnieć.

PS 2. Może należałoby powołać międzypartyjny Komitet Przetrwania Demokracji, który by i społeczeństwu, i podmiotom zza granicy deklarował, które to zobowiązania rządu Zjednoczonej (na nowo) Prawicy można uznać za wiążące, a którym nie warto przypisywać nadmiernego znaczenia. Na przykład należy oświadczyć, że Abramsy zostaną odesłane producentowi wraz z zamawiającymi. Gratis.

A konkordat należy oczywiście wypowiedzieć.

(tekst dostępny również na stronach KODMałopolska)

Europejskie marzenie

Posted in polityka with tags , , , on 11 Maj, 2021 by aristoskr

Święto Unii Europejskiej nie bez powodu ustanowiono w dniu następującym po symbolicznej rocznicy zakończenia II wojny światowej w Europie . Epoka europejskich wojen, począwszy od wojny francusko-pruskiej poprzez wojny bałkańskie i dwie wojny światowe, przeplatane krótkimi okresami względnego spokoju, zakończyła się właśnie w maju1945 roku. Projekt Unii Europejskiej powstał niejako w odpowiedzi na fiasko koncepcji państw narodowych. Miał wymusić współpracę przede wszystkim w celu wprowadzenia stałego pokoju, a dopiero w dalszym planie zapewnienia rozwoju regionu.

Z pozoru było odwrotnie. Zaczęto od ścisłej współpracy gospodarczej we Wspólnocie Węgla i Stali, następnie w Euratomie, a wreszcie w EWG. Do Euratomu mam szczególną sympatię, choć nie stał się częścią Unii Europejskiej i funkcjonuje jako osobny traktat wspólnotowy. Politykę zagraniczną uprawiano pod szyldem NATO, a gospodarkę zostawiono EWG. Nie mniej ważnym elementem budowania wspólnej Europy na Zachodzie była rywalizacja ze wspólną Europą na Wschodzie. Do tego dochodziła Jugosławia, pełniącą funkcję belki w obu oczach: zachodnim i wschodnim.

Właśnie dzięki tej rywalizacji – między innymi – postępowała powoli integracja Europy Zachodniej, doprowadzając do powołania realnej Unii w 1993 roku na mocy podpisanego rok wcześniej traktatu z Maastricht. Tak powstały twór przypominał już konfederację, choć daleko było mu do Stanów Zjednoczonych Europy.

Miałem sporo radości, pisząc na studiach podyplomowych rozprawkę porównującą Unię Europejską do państw federacyjnych takich jak USA czy Szwajcaria. Już wtedy Unia pod kilkoma względami była bardziej zintegrowanym quasi-państwem niż Stany Zjednoczone. Nie wszyscy wiedzą, że prawdziwa integracja USA rozpoczęła się w zasadzie dopiero po II wojnie światowej. Jeśli traktat o dochodach własnych Unii zostanie ratyfikowany, to od zwykłej federacji będzie Europę odróżniał jedynie brak armii. Europa ma już wspólna walutę, używaną nawet przez te kraje, które jeszcze jej nie przyjęły. Może niektórym umknęło, ale euro jest równoprawnym środkiem płatniczym w Polsce obok złotówki.

A właśnie, Polska. Dołączyła do Unii w wielkim otwarciu wraz z dziewięcioma państwami w 2003 roku. Polscy politycy jednak wcale nie byli zgodni w sprawie akcesji. Najbardziej proakcesyjnymi partiami były SdRP/SLD i Unia Demokratyczna/Wolności. Obu partii już nie ma. Czyżby omen?
Polskę do Unii wprowadzało SLD – choć rolników bardziej PSL. Batalia toczyła się o polskie mleko i Niceę. Jak po negocjacjach ogłosił Leszek Miller, „mamy to mleko!” ( a w zasadzie kwoty mleczne) . Protokół nicejski (system głosowania, który miał się zmienić w wyniku akcesu nowych państw) urósł do rangi polskiej racji stanu – przynajmniej zdaniem Jana Rokity, typowanego na premiera wspólnego rządu PO i PiS. Nicea albo śmierć.

A było tak tylko dlatego, że „no pasaran” przyszłemu (niedoszłemu) premierowi z Krakowa nie przeszłoby przez gardło. Wspólny rząd ostatecznie się nie wyłonił, system nicejski trafił do lamusa historii, a pod traktatem lizbońskim podpis złożył Lech Kaczyński. To dzięki niemu Polska nadal jest w Europie, Europa zaś zrobiła wtedy kolejny krok w kierunku federacji.

Donaldowi Tuskowi na plus należy zapisać to, że nie zablokował ratyfikacji, choć przyłączył się do protokołu brytyjskiego, blokując bezpośrednie stosowanie Karty praw podstawowych. Karta nadal nie obowiązuje w pełni, choć Platforma dwa razy w kolejnych kampaniach obiecywała jej ratyfikację. PiS przynajmniej nie obiecywało, więc poniekąd dotrzymało słowa. Przeciw Karcie ostro protestowali członkowie polskiego episkopatu, nie należy zatem się spodziewać jej ratyfikacji w najbliższym czasie, mimo że Wielka Brytania opuściła Unię. Tak oto na życzenie naszych rządzących jesteśmy Europejczykami drugiej kategorii bez wspólnej waluty i bez (Karty) praw podstawowych.
Rzeczywistość jednak ma swoiste poczucie humoru. Najbardziej eurosceptyczny rząd po roku 1989 prze do ratyfikacji traktatu, który wprowadza jeszcze ściślejsze związki państw Unii, zwiększa kompetencje i realną władzę Komisji Europejskiej, dzięki czemu Unia znowu przybliża się do federalizacji. W roli Rejtana tym razem obsadził się Zbigniew Ziobro, który o mały włos nie uzyskał wsparcia PO, choć tak naprawdę głosowanie wstrzymujące się jest w takim wypadku tożsame ze sprzeciwem. Całe szczęście, że posłowie Lewicy odżywiają się lepiej niż poseł Dyka, którego rozstrój żołądka obalił rząd Suchockiej.

Europa jest czymś więcej niż tylko marzeniem. Wspólna Europa to jedyna szansa na przetrwanie tego kontynentu i jego mieszkańców. To marzenie tych, którzy przeżyli koszmar wojny, nazizmu i Holokaustu – marzenie sformułowane po to, by ów koszmar nigdy się nie powtórzył, by ludzie nauczyli się żyć razem. By tak się stało, Europa musi być bardziej sprawiedliwa, bardziej solidarna i z większym zaufaniem do nauki. Szybkie przygotowanie szczepionek przeciw Covid-19 to efekt wielu lat badań naukowych oraz miliarda euro, jakie Biotech otrzymał z funduszy publicznych.
Europejski Fundusz Odbudowy i Rozwoju ma pomóc Europie nie tylko przetrzymać obecny kryzys, ale i uniknąć przyszłych zagrożeń. Europa musi się zmienić, by Europejczycy przetrwali. By mogli marzyć.

Praca, płaca i rzeczywistość, która znowu skrzeczy.

Posted in polityka with tags , , , , , , on 14 sierpnia, 2020 by aristoskr

Lato w w pełni , pandemia też, ale posłowie klepią… podobno biedę. Klepią z winy byłej premier aktualnej europosłanki Beaty Szydło. To ona hojnie obdarzała premiami swoich ministrów chcąc im wynagrodzić te 8 lat chudych pod rządami PO. Sprawa się rypła, tj wyszła na jawa. Najwyższy (najbardziejśredni) Prezes się wkurzył i kazał oddać nagrody na Caritas. Caritas się nawet nie zdążył ucieszyć, bo okazało się nagrody oddali nieliczni. Prezes postanowił ukarać posłów, choć nie oni najbardziej zawinili, i nakazał obniżenie poselskich uposażeń.

Dotknęło to najbardziej posłów i posłanki opozycji. Elita PiS mogła liczyć na konfitury w spółkach, bezpłatne loty do Rzeszowa i inne ciche apanaże.

Teraz, tuż przed świętem Cudu nad Wisłą do Sejmu wpłynął poselski projekt wprowadzający możliwość podwyżki wynagrodzeń. Wygląda na to , że możliwości dorabiania poza Sejmem się kończą i posłowie PiS postanowili sięgnąć bezpośrednio do budżetu, tym bardziej, że do wyborów ponad 3 lata atu kredyty trzeba spłacić lub zaciągnąć. W tej sytuacji kredyt zaufania u wyborców można wymienić na gotówkę i liczyć, że przez te trzy lata wszyscy zapomną.

Do tej pory wynagrodzenie parlamentarzystów oraz osób sprawujących kierownicze funkcje w państwo regulowała ustawa z 31 lipca 1981 wielokrotnie nowelizowana. To oczywiste, że wynagrodzeń w wolnej Polsce nie może regulować socjalistyczna ustawa.

Ustawa, po nowelizacji, przewidywała, że pensja Prezydenta ma wynosić 7-krotność kwoty bazowej, określanej w ustawie budżetowej oraz dodatku funkcyjnego w wysokości 3 krotności kwoty bazowej. Czyli łącznie 10- krotność kwoty bazowej, która w tym roku wynosi 1789 PLN. Oraz dodatek stażowy. Jeśli pensja Prezydenta wynosi, w tym roku, 20138 złotych brutto, to łatwo obliczyć, że dodatek stażowy w jego przypadku to 2248. W sumie pan Prezydent dostaje 7,75 najniższych wynagrodzeń.

Autorzy „poselskiego” projektu wpadli na pomysł zmiany wskaźnika, powołując się na przykładu UE. Już PRL-owski sposób obliczania wynagrodzeń dla stanowisk kierowniczych, choć nie był bardzo skomplikowany sprawia wiele trudności piszącym o tym dziennikarzom, i nie tylko im.

Nowe rozwiązania jeszcze bardziej to komplikują. Proponuje się ustalenie pensji relacji do pensji sędziego Sądu Najwyższego poprzez sztywny wskaźnik. Wysokość wynagrodzenia sędziego Sądu Najwyższego – zgodnie z ustawą z dnia 8 grudnia 2017 roku o Sądzie Najwyższym – stanowi wielokrotność podstawy ustalenia tego wynagrodzenia, z zastosowaniem mnożnika 4,13. Z kolei podstawę w danym roku stanowi przeciętne wynagrodzenie w drugim kwartale roku poprzedniego, ogłaszane w „Monitorze Polskim”. W drugim kwartale 2019 r wynosiło ono 4839,24 PLN.

Żeby więc zgodnie z ustawową propozycją obliczyć wynagrodzenie osoby na wysokim stanowisko, warto sobie przygotować odpowiedni arkusz kalkulacyjny

Ustawa nie wspomina do dodatkach funkcyjnych dla osób zajmujących najwyższe stanowiska więc można przyjąć, że je znosi, zostawiając je dla stanowisk nie wymienionych w ustawie. Nie wiadomo też jakie wynagrodzenie miałby mieć wojewoda bo w jednym punkcie projektu przewidziano dla niego wskaźnik 0,85 a w drugim 0,75.

Wedle moich obliczeń proponowane pensje, zgodnie z projektem ustawy wynosiłyby :

Prezydent 25982, Premier, Marszałkowie Sejmu i Senatu 21985, ministrowie 17987. Małżonek Prezydenta ( cytuję za projektem), tyle co minister czyli 17987.

Prezydentowi trzeba by doliczyć dodatek stażowy, bo projekt milczy o jego zniesieniu likwidując jednak dodatki funkcyjne. W rezultacie pensja prezydenta ostatecznie wynosiłaby 28230 PLN. Czyli 10,86 najniższych wynagrodzeń. I tu dochodzimy to sedna rozważań.

Sedna, którego politycy unikają od dawna. Jak powinny kształtować się proporcje wynagrodzeń w demokratycznym państwie. Piszę demokratycznym niejako z przyzwyczajenia, ale przecież takiej debaty dawno nie było.

Czy na pewno Prezydent zasługuje na 10 minimalnych pensji, w kraju gdzie najczęściej wypłacane wynagrodzenie (dominanta 2018) wynosiło 2379 czyli niewiele ponad obowiązujące wtedy najniższe wynagrodzenie czyli 2100 złoty. Brutto oczywiście.

Może warto by posłowie się zastanowili ile warta jest ich praca dla społeczeństwa. Czy jest to trzykrotność najniższego wynagrodzenia. Czy czterokrotności? Bo więcej, to chyba jednak przesada. Zrozumiałbym pewnie, gdyby posłowie powrócili do poziomu wynagrodzeń sprzed zemsty prezesa ale ten projekt to taki trochę policzek dla wyborców. Lekko nawet zaciśniętą pięścią.

A na koniec Dama. Tj. zgodnie z projektem ustawy Małżonek Prezydenta. Jakby trochę odchodzą od oceny zasług aktualnej Pierwszej damy, pardon Pierwszego Małżonka, to obiektywnie patrząc mamy problem. Przez okres kadencji Prezydenta ,nie może zarabiać a jeszcze ma obowiązki. Co prawda nie ponosi wydatków na utrzymanie domu ,czyli pałacu i żyrandoli ale wykonuje jakąś pracę. Czy należy jej się wynagrodzenie? To warto przedyskutować. Jednak bezwzględnie byłbym za zaliczeniem tego czasu jako okresu składkowego, liczonego do emerytury, zakładając wskaźnik na poziomie średniego wygrodzenia w kraju. To byłaby elementarna uczciwość. Czy, jak jest w projekcie, należy jej się pensja jak ministrowi? Odpowiem wymijająco, kto wie… szkodliwość społeczna jej czynów jest zapewne niższa niż większości ministrów.

A konkordat, wiecie sami…

a tu do wglądu :

Click to access 551.pdf

 

 

Cnoty nasze niepolskie

Posted in Polska with tags , , , , , , on 24 lipca, 2021 by aristoskr

Dla Sokratesa cnotą jest poszukiwanie prawdy i dobra. W zasadzie dla niego prawda była dobrem, a dobro prawdą. Znając prawdę, należy postępować dobrze. Nie o takie cnoty chodzi jednak zapewne ministrom rządu Morawieckiego. A z ostrożności procesowej, na wypadek gdyby Sokrates miał odrobinę racji, ministrowie wolą trzymać się od prawdy z daleka, by nawet przypadkiem jej nie odkryć. A nuż poznanie prawdy zmusiłoby ich do dobrego postepowania, do realizacji cnót klasycznych i czynienia dobra? Uważają, że nie należy podejmować takiego ryzyka, i ja ich rozumiem.

Nieco inaczej patrzyli na cnoty Rzymianie, przynajmniej dopóki funkcjonował tam ustrój republikański. Virtus to troska o dobro publiczne, obowiązek służby republice nałożony na każdego obywatela odpowiednio do jego możliwości. To także nie są cnoty, które polecałby nasz przewielebny rząd, tym bardziej że sam musiałby się do nich stosować. Jakże być tłustym kotem w służbie republiki i demokracji?

Zdaniem Jego Eminencji Ministra ateiści pozbawieni są cnót i niezdolni do nauczania innych, w szczególności zaś do nauczania etyki. To nie jest specjalnie nowy pogląd. Powiedziałbym nawet, że jest raczej stary. Można go znaleźć u jednego z prekursorów koncepcji współczesnej demokracji, Johna Locke’a. Zapewne ktoś streścił ministrowi streszczenie poglądów tego filozofa, zapomniał jednak dodać, że w opinii Locke’a również katolicy ( i muzułmanie) nie są zdolni do życia w państwie demokratycznym. Z tymi tezami można by dziś polemizować, ale niestety minister, jeśli dostarcza jakichś argumentów, to raczej wspierających Locke’a, a zwłaszcza jego opinie o katolickich politykach.

W poglądach Locke’a istotna wydaje się dzisiaj (a żył przecież w wieku XVII) teza, że celem państwa (republiki) nie jest dążenie do zbawienia jednostek, ale do realizacji dobra wspólnego i dobrego życia. Podstawą funkcjonowania republiki miała być umowa społeczna i rządy prawa. Na określonych przez Locke’a zasadach republikańskich opierali się twórcy amerykańskiej konstytucji. Zasady te w dużym stopniu zostały przejęte przez współczesne systemy demokratyczne, rzecz jasna poza wykluczeniem z demokracji ateistów i katolików (oraz muzułmanów), o ile oni sami się z niej nie wykluczają.

Rządowi Zjednoczonej Prawicy znacznie bliższe są zasady i cnoty promowane przez Królestwo Prus w okresie kanclerza Bismarcka. Zasady były proste: mężczyźni mieli pracować dla cesarza i ojczyzny, służyć w wojsku i w razie potrzeby umierać na rozkaz. Kobiety też miały wyraźnie określone zadania, ujęte jako słynne już trzy K: Kinder , Kuche i Kirche – dzieci, kuchnia i kościół , niejako naprzemiennie. Wszystkich obowiązywało posłuszeństwo, z tym że mężczyźni mieli być posłuszni klerowi i cesarzowi a kobiety dodatkowo mężczyznom, którzy się nimi opiekowali. Piękny sen konserwatystów. I komu to przeszkadzało? – pyta siebie w myślach minister Czarnek. A chyba nie jest w tych snach odosobniony, bo marzenie to podziela polska hierarchia katolicka oraz wielu polityków – nie tylko z rządzących aktualnie partii. Pokorni obywatele, a w szczególności obywatelki, to marzenie części polskiej klasy (?) politycznej.

Pokorę jako główną cnotę ma się propagować wśród młodzieży na lekcjach religii i etyki, czyli po nowemu religii i religii: pokorę i wstrzemięźliwość seksualną aż do ślubu – kościelnego – a zaraz po ślubie wielodzietność. I tak w koło kościół, praca, dzieci, kuchnia. I pokora. Pana (Wojciecha) Pokorę uprzejmie przepraszam, to przecież nie jego wina.

Ceniącym sobie nieco inne cnoty, tym, którzy chcą rozwijać w sobie etykę taką bardziej pozytywną i współczesną, polecam portal http://www.etykawszkole.pl – dopóki jeszcze działa. To przydatna pomoc dydaktyczna, a niedługo być może pomoc w nauce na tajnych kompletach etycznych.

A poza tym warto przeczytać „Traktat o dobrej robocie” Tadeusza Kotarbińskiego. Premier Morawiecki na pewno go nie zna.

I oczywiście wypowiedzieć konkordat. Locke by się ze mną zgodził.

Kraina mleka i miodu.

Posted in społeczeństwo with tags , , , on 9 lipca, 2021 by aristoskr


Czasem warto się przyjrzeć swojej sytuacji z pewnego oddalenia i podjąć próbę porównania się z innymi krajami. Okazję do takiego oglądu daje najnowszy, ogłoszony niedawno Ranking Celów Zrównoważonego Rozwoju, sporządzony przez ONZ po zbadaniu realizacji siedemnastu wyznaczonych celów w poszczególnych krajach. Ranking ów słabo przebił się w mediach, a przecież sytuacja Polski, a więc i Polaków, wydaje się w nim bardzo dobra. Zajęliśmy 15. miejsce, wyprzedzając Japonię, Szwajcarię i Wielką Brytanię, a ustępując nieco Chorwacji, Irlandii i Czechom.

Wygląda to bardzo ładnie i trochę jakby wymyka się intuicyjnej ocenie tego, co się u nas dzieje. W dodatku różnice między krajami są niewielkie. Zajmującą 7. lokatę Norwegię (81,98 pkt) dzieli od Nowej Zelandii na 23. miejscu (79,13 pkt) mniej niż trzy punkty. Maksymalnie można zdobyć sto punktów, a będąca liderem w tym rankingu (już po raz kolejny) Finlandia uzyskała ich 85,9. W pierwszej trzydziestce jest tylko pięć krajów pozaeuropejskich: Japonia, Nowa Zelandia, Kanada, Korea Południowa i Chile. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej znalazły się dopiero na 32. miejscu, tracąc 0,7 punktu do Litwy i nieco ponad punkt do Chile. Z rankingu bezsprzecznie wynika, że Europa, szczególnie ta zrzeszona w Unii Europejskiej, to najlepsze miejsce do życia. Dla ludzi.

Można z przedstawionych danych wyciągać różne wnioski, a jeden z nich jest taki, że jeśli chodzi o realizację celów, olbrzymia większość krajów nie zrobiła żadnych postępów w ciągu ostatnich pięciu lat. Tam gdzie żyje się dobrze, nie nastąpiło pogorszenie, a tam gdzie żyje się gorzej, nie ma poprawy. Ot, taka mała – lub większa – stabilizacja na światową skalę.

A nad Wisłą (i Odrą)? Do istotnej poprawy sytuacji (i wskaźników) doszło u nas w okresie 2013–2016. W tym czasie nasz ranking wzrósł o dwa punkty. Ten właśnie wynik zapewne pozwolił nam przeskoczyć Szwajcarię, Wielką Brytanię i Japonię, choć nas samych przegoniła Chorwacja, i to w ostatnich dwóch latach. Na tle reszty świata żyje się w Europie, w tym i w Polsce, względnie, a nawet bezwzględnie dobrze – w każdym razie lepiej niż gdzie indziej. Europejskie standardy życia są, i niestety pewnie jeszcze długo będą, nieosiągalne dla większości globu, nawet dla krajów uznawanych za najbardziej rozwinięte, takich jak Stany Zjednoczone, o Rosji czy krajach Zatoki Perskiej nie wspominając.

Na pierwszy rzut oka może dziwić, że wskaźniki ONZ premiują kraje o stosunkowe niedużym rozwarstwieniu społecznym i gospodarczym, z szeroko rozwiniętymi usługami publicznymi. Być może dlatego w rankingu ogólnym Serbia wyprzedza Australię, a Grecja Izrael, i dosyć wysoko w rankingu jest Kuba (49. miejsce), którą od USA (32. miejsce) dzielą oprócz morza niecałe trzy punkty rankingowe, czyli mniej niż USA tracą do Polski.

A wracając między nasze barany, czy raczej Odrę i Bug – co takiego jest u nas (do)cenione? Spośród siedemnastu celów ONZ poprawę odnotowano w zakresie walki z biedą, dostępu do edukacji, dostępu do czystej wody i kanalizacji, rozwoju gospodarczego i budowy infrastruktury oraz generalnej poprawy warunków życia. Wiele z tego zawdzięczamy wykorzystaniu funduszy europejskich. Dużą ilość środków przeznaczano i nadal się przeznacza na wodociągi i kanalizację, a także transport publiczny, zwłaszcza w miastach. W ostatnim okresie ruszyły też nieco intensywniej inwestycje kolejowe, a nawet zaczęto dostrzegać marną kondycję transportu regionalnego.

Zauważono również sukcesy w walce z biedą, co należy wiązać z decyzjami PiS‑u co do programu 500 plus oraz z podnoszeniem płacy minimalnej. Paradoksalnie, nie wpłynęło to na poprawę sytuacji najuboższych, którzy mają problemy z zaspokojeniem głodu, co potwierdziło wcześniejsze hipotezy, że w najgorszej sytuacji finansowej nie są wyłącznie rodziny wielodzietne.

W dalszym ciągu pozytywnie wypada nasza edukacja (dane z rankingu dotyczą roku 2020), zwłaszcza na poziomie podstawowym i średnim. Utrzymuje się jeszcze, przynajmniej nominalnie, szeroki dostęp do studiów wyższych, choć ranking nie odzwierciedla poziomu kształcenia na tychże studiach. Przyszłość jednak nie rysuje się różowo. Już można dostrzec skutki likwidacji gimnazjów. Powiększają się różnice w wynikach egzaminów ośmioklasistów. Szkoły wiejskie przegrywają coraz bardziej ze szkołami miejskimi i metropolitalnymi, a to w przyszłości odbije się na dostępie młodzieży z małych ośrodków do szkół maturalnych i wyższych.

W rankingu doceniono wskaźniki rozwoju gospodarczego, wpływające także na poprawę ogólnych warunków życia. I na tym w zasadzie pozytywy się kończą. Odnotowano całkowity brak postępów w pozyskiwaniu czystej energii oraz w odpowiedzialnej i oszczędnej produkcji i konsumpcji. Daje to w sumie wynik zerowy, jeśli chodzi realizację celów polityki klimatycznej. Brak postępów odnosi się też do zmniejszania nierówności oraz do współpracy z różnymi organizacjami.

Można przypuszczać – czego tegoroczna ocena już nie obejmuje – że to ostatni nasz tak dobry wynik. Nie zanosi się na zamianę polityki rządu w ocenianych sferach, a w niektórych dziedzinach zmiany będą nas raczej oddalały od wyznaczonych przez ONZ celów. Jeśli sąsiedzi w tabeli nie wypadną równie źle, możemy stoczyć się w rankingu znacznie niżej, nawet w okolice USA czy Kuby.

Trudno też twierdzić, że twórcy Polskiego Ładu inspirowali się rankingiem celów ustalonych przez zespół ONZ. Zresztą, szanse na realizację zapisanych w Polskim Ładzie przedsięwzięć maleją z każdym tygodniem dyskusji i (narastających?) kłótni wewnątrz Zjednoczonej Prawicy. Ostatnie (oby!) jej międzynarodowe osiągnięcie, czyli podpisanie przez sojusznicze partie europejskie nowego paktu stalowego (czy też tekturowego), zapewne nie posłuży realizacji celów ONZ ani nie poprawi życia obywateli krajów uszczęśliwionych paktem. Co więcej, podpisana deklaracja nieco się z celami ONZ rozjeżdża, a niektórych punktach bywa nawet z nimi sprzeczna.

Tak więc delektujmy się chwilą i rankingiem. Cieszmy się, że nie mamy tak najgorzej, bo inni mają gorzej. Jeśli kogoś to nie cieszy, w przyszłości powodów do radości może mieć jeszcze mniej – nawet jeśli mleka i miodu w naszym kraju tymczasowo nie braknie.

A konkordat należy wypowiedzieć. Tym bardziej , że raczej pogarsza oceny i nijak nie mieści się w celach

https://dashboards.sdgindex.org/rankings

Post scriptum do ucieczki od nauki.

Posted in edukacja with tags , , , , on 24 czerwca, 2021 by aristoskr

Felieton o ucieczce od nauki pisałem przed demonstracją w Krakowie, układając sobie wariacje na ten temat. Po wysłuchaniu różnych głosów i wariacji opadły mnie spóźnione refleksje.

Dotarło do mnie. po raz kolejny, że po roku 90 nauka nie była politykom do szczęścia potrzebna – czyli nie była potrzebna do niczego. Owszem, uczelnie powinny produkować absolwentów jako wykształconą (odrobinę) siłę roboczą, ale to w zasadzie tyle. Powinny poza tym produkować ją tanio, a nawet na tym zarabiać. Oczywiście, tu i ówdzie pojawiał się pomysł opłat za studia wyższe, kredytów studenckich itp., ale poważne przystąpienie do jego realizacji zakończyłoby zapewne życie partii, która by się do tego wzięła. I dzięki za to bogu, któremukolwiek.

„Oszczędzanie” na szkolnictwie i nauce jest jednak niemal stałą tendencją po roku 1989. Wydatki na edukację liczone jako procent PKB spadły z poziomu 5,4% w 2009 roku do poziomu 4,9% w 2018 roku (Monitor edukacji i wykształcenia Komisji Europejskiej 2019 – Polska). Choć nominalnie wydatki rosły (zwłaszcza w okresach o wyższym wzroście PKB), to przy uwzględnieniu inflacji nie było znaczącej poprawy finansowania. Co ciekawe, proces ten przebiegał podobnie w całej Unii Europejskiej, bo średni poziom wydatków w krajach członkowskich spadł z 5,2% w 2009 roku do 4,6% w 2018 roku. Może to tłumaczyć zwiększający się dystans pomiędzy technologicznymi liderami innowacji a Europą. Poza tym raport podkreśla niskie płace nauczycieli oraz znacząco niższy od średniego w Unii poziom wydatków przypadających na jednego ucznia lub studenta. O ile na poziomie podstawowym nie ma to istotnego znaczenia, o tyle na wyższych etapach edukacyjnych ta różnica wpływa już na możliwości edukacyjne.

Spadkowi wydatków na naukę i edukację towarzyszyło rozwijanie mitu o potrzebie innowacyjności, a także spektakularne klęski polskich projektów innowacyjnych. Trzeba natężyć pamięć, by przypomnieć sobie historię niebieskiego lasera, polskiego grafenu, polskich odmian roślin GMO, lnu czy ziemniaka. Co wynalazek, to porażka – nie, nie porażka nauki czy wynalazku, ale polskiego państwa.

Niestety, tylko nieliczne wyższe uczelnie w Polsce zajmują się oprócz edukacji rozwijaniem badań naukowych. Pozorowanie nauki w połączeniu z plagą plagiatów i prac ghostwriterskich musi się odbijać na rankingach polskich uczelni. Bo jaką wartość naukową może mieć doktorat będący kompilacją plagiatów czy utworem sporządzonym na zlecenie przez „cień”? Pisano o tym w „Polityce”, pisze o tym stale Marek Wroński. A plagiatorzy kompilują dalej swoje dzieła.

Oczywiście, rankingi są niedoskonałe. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że najlepsze polskie uczelnie notowane są o jedną setkę (Uniwersytet Warszawski) lub o dwie setki (Uniwersytet Jagielloński) niżej od swojego odpowiednika z Czech (Uniwersytet Karola)? O takiej malutkiej, zalesionej Finlandii już nie wspomnę, bo Uniwersytet Helsiński zajmuje miejsce 74., a dwa kolejne w Turku i Aalto nie ustępują naszym narodowym czempionom.

Poza pieniędzmi naszym naukowcom brakuje odpowiedzialności za naukę i przekazywaną wiedzę. Niestety, zbyt wielu z nich staje po stronie Platona zamiast po stronie prawdy. Zbyt mało też wymagają od studentów (i od siebie). O ileż by było w Polsce łatwiej, gdyby nasi polityczni harcownicy otrzymali sprawiedliwe oceny i nie skończyli swoich studiów – choćby prawa. Oczywiście, mogli przenieść się na KUL, ale to by już nie było takie cool. Zawsze przecież lepiej mieć dyplom z wciąż jeszcze prestiżowej uczelni, zupełnie niesłusznie oskarżanej o szerzenie lewackich ideologii, niż z uniwersytetu, którego o żadną naukę oskarżyć nie można. Co prawda, dyplom KUL – jak się okazuje – nie jest może jeszcze przepustką do sławy, ale do władzy już wystarczy.

Apeluję więc o więcej nauki w nauce, więcej wierności prawdzie niż Platonowi. Dopóki to jeszcze nie jest zakazane lub chociażby dopóki to możliwe.

Ucieczka od nauki.

Posted in polityka with tags , , , , , on 19 czerwca, 2021 by aristoskr

Może teza ta spotka się z krytyką, ale uważam, że po roku 1989 mamy w Polsce do czynienia z postępującą ucieczką od nauki lub przed nauką. Rezygnacja z nauki łączy się z odrzuceniem osiągnięć poprzedniej epoki i jest jednym z elementów kulturowego antykomunizmu.

Naukę z czasów PRL uznawano za nieprzydatną, reżimową, skażoną materializmem i marksizmem. Tego marksizmu akurat w nauce przed rokiem 1989 było niewiele, a i materializm nie ugruntował się zbyt mocno. Od nauki rozumianej głównie jako szkolnictwo wyższe wymagano bowiem wtedy tylko dostarczania wiedzy praktycznej i/lub dyplomu.

Środowiska naukowe, i nie tylko one, są zmuszane do wyrażania opinii w formie protestów. Protestują przeciw działaniom kolejnych ministrów, którzy wbrew pozorom nie mają żadnych planów, a jedynie wyobrażenia, zresztą niezmienione chyba od ich czasów szkolnych. Oprócz protestów konieczna jest natomiast refleksja i publiczna dyskusja o tym, jakiej edukacji chcemy i potrzebujemy, i czego oczekujemy od nauki naukowców.

Po pierwsze, trzeba otwarcie przyjąć dwa założenia: że poznanie naukowe jest jedynym sposobem uzyskania rzetelnej wiedzy o rzeczywistości i że o uzyskanie takiej właśnie wiedzy nam chodzi. Założenia te byłyby diametralnie różne od założeń aktualnie rządzącej ekipy (oczywiście, o ile ekipa ta jakieś założenia w ogóle posiada).

Rząd i jego zwolennicy, a także wszyscy ci, którzy – będąc w tej kwestii sojusznikami rządu – kwestionują monopol nauki na poznawanie rzeczywistości, wprost dyskredytują naukę, i nie jest to wcale przypadkowe. Znajomość faktów i umiejętność ich oceny mogą prowadzić do krytycznego osądu działań władzy. Taka edukacja jest po prostu dla rządzących zagrożeniem. Dlatego kładzie się teraz nacisk na kształtowanie postaw, pokory, obłudy, pozornej religijności. Jak dowiedzieliśmy się z wywiadu szefa gabinetu politycznego ministra edukacji dla TV Republika, najistotniejsza zmiana dotyczy uzupełnienia kanonu (lektur) tak, by wyrwać społeczeństwo z uprzedzeń antyreligijnych, którymi nasycona była szkoła w PRL i z których nie podnieśliśmy się przez te trzydzieści lat. Stąd propagowanie najwybitniejszych Polaków, choćby Jana Pawła II, który „fantastycznie przecież władał piórem zarówno jako poeta, duszpasterz, jako naukowiec”. Aby zaś osiągnąć te cele, konieczne jest usunięcie z uczelni lub zmuszenie do milczenia ludzi myślących, którzy chcieliby się zajmować nauką, wiedzę naukową rozwijać i przekazywać ją innym. Należy też przejąć kontrolę nad szkołami publicznymi, na przykład przez podporządkowanie ich kuratoriom oświaty.

Dlatego tak ważne już dziś jest przygotowanie wspólnego planu dla nauki i oświaty, tak by można było go wdrożyć jak najszybciej po obaleniu czarnogrodu. O ile program dla szkół napisać będzie nieco łatwiej, o tyle program dla nauki i edukacji wyższej wymagać będzie naprawdę poważnej refleksji i dyskusji wielu środowisk – tym bardziej że należy wreszcie wybrać kilka dziedzin czy specjalności, które mogą stać się szansą na dogonienie światowej czy choćby europejskiej czołówki.

Nieprzypadkowo plany ministra skrywają się za postulatem wolności badań naukowych. Chodzi tak naprawdę o kwestionowanie naukowego konsensusu, o wolność od rygorów naukowej metodologii, wolność od rzetelności prowadzenia badań i swobodę w opowiadaniu wszystkiego, co ślina na język przyniesie. Wzorem uczelni ma był KUL, a wzorem rzetelności badań pewnie IPN. Być może jednak i to nawet za dużo, bo historykom z IPN zdarza się czasem zachować umiar i wierność wobec faktów historycznych.

Wspierajmy naukę, zanim wyginiemy. Jako ludzkość.

Jezus, Maria, podatki.

Posted in polityka with tags , , , , , on 10 czerwca, 2021 by aristoskr

Widmo podatków krąży po Europie a nawet po świecie. Podobno jest tylko jedna rzecz gorsza od komunizmu: właśnie podatki. Jak powszechnie wiadomo, w świecie biznesu podatki płacą tylko naiwni, mali i biedni. Reszta nie musi, więc nie płaci. Wielkie korporacje nie muszą płacić podatków, więc nie płacą. Zmiana, jaka nastąpiła w administracji Stanów Zjednoczonych, może być zmianą rewolucyjną. Zamiary administracji Bidena wykraczają daleko poza horyzonty wyznaczane przez Obamę, choć trzeba przyznać, że Biden działa w nieco korzystniejszych warunkach, mając przewagę – minimalną, ale jednak – w Senacie. To tylko subtelne uwzględnienie rzeczywistości przez przywódców najbardziej rozwiniętych krajów. Do realnych wdrożeń jeszcze droga daleka, tak samo jak do postulowanej przez Bidena podwyżki podatku korporacyjnego do 28% (z 21%), podatku od zysków kapitałowych do 39%, podatku dochodowego dla osób fizycznych osiągających dochody powyżej 400 tysięcy dolarów.

Porozumienie krajów G-7 dotyczące koordynacji podatków CIT jest pierwszą rewolucją 2021 roku, a przynajmniej zapowiedzą rewolucji. Słyszę już szloch szkoły chicagowskiej, otwockiej oraz szloch na forum FOR-u. Toż to wraca brodata trójca komunistycznych wampirów z Marksem na czele! A tak naprawdę to nawet jeszcze nie milutki Drakula z Hotelu Transylwania. Podobnie ma się rzecz z podatkami od osób fizycznych. W krótkim okresie amerykańskiego raju i prosperity, między zakończeniem wojny w 1945 roku a zakończeniem prezydentury Johnsona w 1969 roku, krańcowa stawka podatku dochodowego sięgała 90%.

Teraz – jak odkryła amerykańska fundacja Pro Publica – dane z zeznań podatkowych pokazują, że najbogatsi mogą całkowicie legalnie płacić podatki dochodowe będące niewielkim ułamkiem setek milionów, jeśli nie miliardów, o które ich fortuny powiększają się każdego roku. Efektywne opodatkowanie najbogatszych w USA jest bliskie zeru. Majątek 25 najbogatszych Amerykanów wynosił w 2018 roku 1,1 biliarda dolarów. W tym roku oddali oni fiskusowi 1,9 miliarda dolarów, co stanowi 0,2% ich majątku. I właśnie o taką Amerykę w Polsce walczyliśmy, czyż nie?

Pośrednie skutki takiej polityki oraz globalizacja uruchomiła niekończącą się pogoń koncernów (nie tylko amerykańskich) za zyskami. Przenoszono produkcję do Chin i innych krajów Azji. W rezultacie w roku 2020 Chiny sprzedały Ameryce komputery za 68 miliardów, smartfony za 62 miliardy dolarów i sprzęt telekomunikacyjny o wartości 18 miliardów. Stany Zjednoczone pozostają ważnym partnerem handlowym Chin i najważniejszym dostawcą… soi.

Andrzej Lubawski cytował w „Gazecie Wyborczej” Steve’a Jobsa. Do nadzoru nad dwustu tysiącami ludzi zatrudnionych przy produkcji iPhone’a potrzeba około 8700 inżynierów. Ich znalezienie w USA zajęłoby dziewięć miesięcy. W Chinach trwało to dwa tygodnie. Jobs pozostawał oczywiście, tak samo jak jego Apple, specjalistą od optymalizacji podatkowych. Dziś liderami w tej dziedzinie są, co chyba nikogo nie zaskakuje, Elon Musk i Jeff Bezos. Niewiele się od nich różni najbogatszy aktualnie człowiek świata – Francuz, a w zasadzie dziś chyba Belg, Bernard Arnault. Belgiem został, uciekając z Francji, oczywiście uciekając przed podatkami. Belgia na tym chyba nie zyskała dużo, ewentualnie poza jego opłatą paszportową. Ogólnoświatowy trend to dzisiaj zwiększanie progresji podatkowej zarówno wobec osób jak i firm, oraz walka z rajami podatkowymi, optymalizacjami i unikaniem płacenia podatków. Nad takimi przepisami pracują kraje G-7.

Polska wyłamuje się tradycyjnie ze światowych trendów. Propozycje Polskiego (nie)Ładu początkowo wprowadzały drobne korekty skutkujące minimalnym zwiększeniem progresji podatkowej oraz zmniejszeniem klina podatkowego dla osób o najniższych dochodach. Samozwańczy reprezentanci klasy średniej podnieśli lament. Szybko jednak zaproponowano korekty, które mają uratować klasę średnią przed fiskusem.

Polscy milionerzy na razie nie wypowiadają się na temat zmian. Nie wiemy, czy zniosą dzielnie przyszłe dolegliwości podatkowe, czy już szykują się do optymalizacji, czy też może doskonale wiedzą, że ze zmian nic nie wyjdzie. Kuluary polityczne już plotkują o możliwych jesiennych wyborach, które spowodowałyby przynajmniej jedno – to, że żadnych zmian podatkowych od 1 stycznia 2022 raczej nie będzie.

Wygląda na to, że najważniejsze dla Polski dzieło ekonomiczne napisał Mikołaj Rej. Chodzi oczywiście o „Krótką rozmowę między trzema osobami: Panem, Wójtem i Plebanem”. W tym tekście nie występuje wprawdzie klasa ludowa, bo Wójt to dzisiejsza klasa średnia, ale dziś też klasa ludowa albo nie ma głosu, albo desperacko udaje średnią. Pointa natomiast zostaje bez zmian. Ksiądz Pana wini, a Pan Księdza, a nam biednym zawsze… dobrobyt. Przynajmniej tak było w wersji napisanej przez Ryszarda Marka Grońskiego dla Kabaretu pod Egidą.

Życie znowu przerosło kabaret.

Media publiczne czy sprzedajne.

Posted in polityka with tags , , , on 3 czerwca, 2021 by aristoskr

Platforma Obywatelska rozpoczęła kampanię zbierania podpisów pod projektem ustawy o likwidacji abonamentu RTV i TVP Info. Trudno powiedzieć – nie znam aktualnych badań w tej materii – czy są to kwestie najważniejsze dla obywateli naszego kraju. Nie wiem nawet, czy są to kwestie najistotniejsze dla potencjalnych wyborców PO. Owszem, w ostatnim badaniu opinii publicznej (CBOS) odnotowano po raz pierwszy przewagę krytycznych opinii o TVP (44%) nad pozytywnymi (40%). W III RP telewizja publiczna zbierała pozytywne oceny na poziomie 70–80%, a znaczący spadek zaliczyła dopiero w 2016 roku, schodząc poniżej 70%, czyli do poziomu notowanego w grudniu 1997 za prezesury Wiesława Walendziaka, ojca i matki „polskich pampersów”. Od 2016 roku pozytywne opinie topniały nieprzerwanie, by w maju 2021 osiągnąć pierwsze „dno”. Najlepsze oceny telewizja (publiczna) zbierała za prezesów Kwiatkowskiego i Dworaka. Temu drugiemu zawdzięczamy uruchomienie TVP Kultura, który to program – wyznaję – czasem w tajemnicy przed światem oglądam. Na ocenę TVP nie wpłynęła ani aktywność Bronisława Wildsteina, ani karuzela prezesów za pierwszych rządów PiS‑u, ani prezesura Juliusza Brauna. Zjazd w dół, jeszcze chyba nie zakończony, to bezsprzecznie zasługa Jacka Kurskiego, którego imię na pewno pozostanie w historii Telewizji Polskiej.

Abonament telewizyjny w różnej formie jest powszechny w Unii Europejskiej prawie tak samo jak telewizja publiczna. Nie ma go w krajach bałtyckich, w Rumunii, Bułgarii, Holandii, Hiszpanii i na Węgrzech. Publiczna telewizja działa tam wszędzie. Hiszpanie nie płacą abonamentu, ale mają telewizję publiczną (i radio) w całości opłacaną z dotacji publicznych (budżetu państwa), w dodatku od 2011 roku wolną od reklam. RTVE obejmuje, podobnie jak TVP, dwa kanały ogólne, kanał informacyjny i kanały tematyczne, a także kanał międzynarodowy. Ten sam podmiot nadaje też publiczne kanały radiowe. Jest to ciekawy model telewizji publicznej, być może warty rozważenia w Polsce.

W Holandii media publiczne również utrzymywane są w większości z pieniędzy rządowych. Państwo przeznacza na stacje telewizyjne i rozgłośnie niemal 800 mln euro rocznie, a z emitowania reklam media holenderskie czerpią dodatkowe 200 mln. Pieniądze te jednak trudno uznać za rządowe kroplówki – stawka jest względnie stała, a fundusze pochodzą ze środków Ministerstwa Kultury i Nauki. Bułgarska telewizja utrzymuje się z dotacji z budżetu państwa (stanowiących około 60% jej przychodów) oraz reklam. W Rumunii do 2017 roku telewizja publiczna była finansowana z reklam i obowiązkowego abonamentu, a obecnie finansuje ją rumuński rząd.

TVP w 2019 roku miała przychody w wysokości 2,56 mld złotych, a także 89 mln złotych zysku netto. Większość, bo 57% wpływów, stanowiły środki budżetowe wynoszące 1,459 mld złotych, z czego 331,4 mln to opłaty abonamentowe, a 1,127 mld to zeszłoroczna rekompensata. Kwestia, czy likwidować abonament, czy też nie, wydaje się wtórna. Faktycznie chyba lepiej się z nim pożegnać, niż pilnować, by ludzie chcieli go płacić. Tyle że pozostaje nadal do rozwiązania problem telewizji publicznej.

Likwidacja TVP Info wydaje mi się pomysłem nieco absurdalnym. W całej Europie publiczne stacje mają swoje kanały informacyjne. Czymś zupełnie innym jest ocena bieżącego działania podmiotu w konkretnych okolicznościach prawno-politycznych, a czymś innym postulat zlikwidowania instytucji. Równie dobrze można by domagać się likwidacji rządu, Sejmu, Senatu i urzędu Prezydenta RP – choć argumentów za likwidacją tych ostatnich dwóch zebrałoby się całkiem sporo, i to nie tylko z ostatnich kadencji.

Pytanie postawione przez inicjatorów zbierania podpisów zasługuje jednak na uwagę. Nie unikniemy – mam nadzieję – dyskusji nad tym, jak powinna wyglądać telewizja publiczna, tym bardziej że jedną z przyczyn jej degrengolady jest konsekwentna marginalizacja stowarzyszeń dziennikarskich i w ogóle upadek tego zawodu. Trudno powiedzieć, że SDP sięgnęło dna; leży na nim już długo. A przecież siłą mediów publicznych w Europie jest silna pozycja dziennikarza i stowarzyszeń dziennikarskich. Rolę tych organizacji w mediach publicznych marginalizowano od dawna, tak samo zresztą jak w mediach prywatnych. To również dlatego Orlen tak szybko i bez oporu przejął dzienniki regionalne, bo już poprzedni właściciel wyczyścił je z organizacji dziennikarskich, a czasem nawet i z dziennikarzy.

Odbudowa pozycji telewizji publicznej musi być powiązana ze zwiększeniem roli dziennikarzy i ich odpowiedzialności za kreowanie treści. Nie wystarczy zmiana prezesa, likwidacja dziwacznego tworu w postaci Rady Mediów Narodowych czy odbudowa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji jako regulatora.

Warto też dopłacić do retransmisji polskiej wersji Euronews, a nawet wrzucić ją do telewizji naziemnej. Gdyby Donald Tusk był prawdziwym Europejczykiem i nie poskąpił kiedyś na ten cel, obywatele metropolii i prowincji mogliby dziś oglądać rzeczy, których kurska telewizja nigdy nie pokaże. A gdyby ktoś chciał zamykać jakąś telewizję, to proponuję zacząć od Telewizji Trwam.

A konkordat , oczywiście, należy wypowiedzieć.

Recepta na receptę

Posted in polityka with tags , , , , on 26 Maj, 2021 by aristoskr

Lewica znów wyszła przed szereg, prezentując katalog proponowanych rozwiązań problemów w polityce socjalnej państwa. Biorąc pod uwagę, że pozostałe ugrupowania polityczne są w głębokiej defensywie, należy chyba docenić ten defensywno-ofensywny manewr. Piszę: defensywno-ofensywny, bo w większości chodzi tu o działania, które mogą, czy też powinny, być podjęte już teraz. Szanse na ich podjęcie przez dzisiejszą władzę są natomiast raczej małe albo nawet żadne (chociaż minister Gowin, jakby przypadkiem, już w poniedziałek obiecał pełne oskładkowanie umów zleceń, które ma obowiązywać od przyszłego roku). Część tych postulatów będzie można wdrożyć dopiero po całkowitym odejściu aktualnego rządu, i dla niektórych z nich – na przykład dla propozycji badań pocovidowych czy ochrony lasów – będzie wtedy już za późno.

Przedstawienie przez Lewicę tych doraźnych środków miało, jak sądzę, przede wszystkim podkreślić bezczynność rządu, który czasami niewielkim kosztem mógłby poprawić sytuację. Być może dlatego nie znalazły się wśród tych propozycji tematy, o których wiadomo, że ich realizacja koliduje z celami politycznymi rządzących. Prezentację adresowano głównie do ludzie przekonanych, że są lub byli beneficjentami działań rządu, a zatem ludzi obecnie lub kiedyś mu przychylnych. Złudzenie, że rządowi choć trochę na nich zależy, rzeczywiście warto rozwiać.

Komunikacja partii opozycyjnych z przyszłymi wyborcami jest w ogóle bardzo ważna. Oprócz Lewicy do takich osób puszcza oko jeszcze partia Hołowni, choć zazwyczaj przekazuje subtelne kontury programu raczej niż jego konkrety. Może to chwilowo być skuteczne, bo większość dostrzega w Polsce 2050 to, co chciałaby zobaczyć, a nie to, co faktycznie pod tym płaszczykiem jest skrywane. Radna Wijas ze Szczecina, owszem, widziała w nowym ugrupowaniu coś ciekawego, ale okazało się, że Polska 2050 nie widzi wspólnej przyszłości z radną. Dlatego punkty widzenia trzeba uzgadniać jak najszybciej, by oszczędzić sobie rozczarowań.

Nie mniej ważna jest komunikacja partii politycznych, zwłaszcza opozycyjnych, ze swoimi aktualnymi zwolennikami – tym bardziej że nie można tu liczyć na pośrednictwo mediów, które są albo wrogie, albo niezborne, albo świeżo zatankowane na Orlenie. Wcale nierzadko bywa i tak, że nawet najtwardszy rdzeń wyborców przestaje się orientować, o co jego partii chodzi. A cóż dopiero mają powiedzieć nie tak już gorący wielbiciele czy już ci naprawdę letni!

Wszystkim wyszłoby na zdrowie, a już na pewno na dobre, gdyby partie zaczęły rozmawiać o planach dalej idących reform czy wręcz odbudowy instytucji, z których po rządach PiS‑u zostaną zgliszcza lub nadające się wyłącznie do zniszczenia baraki – z płaskim, oczywiście, dachem.

Warto też rozmawiać o podatkach, tym bardziej że wiedza o nich w społeczeństwie jest znikoma. Pewien napotkany przeze mnie w suchym przestworze internetowego oceanu przedsiębiorca – jak sądzę, indywidualny – zagroził , że on i jego koledzy pozakładają spółki i tyle z jego podatków zobaczymy. Jakże bym chciał, by koleżeństwo spełniło swoje obietnice (groźby?), głównie dla własnego dobra, bo nie ma gorszego sposobu prowadzenia działalności gospodarczej niż działalność jednoosobowa (no, chyba że polega to na oszukiwaniu klientów i urzędu podatkowego; wtedy jest to działalność najlepsza, choć może jednak nie najlepsza). Polacy, niestety, ufają bardziej swoim zdolnościom indywidualnym niż rodakom, przeceniając znacząco zdolności, a lekceważąc współtowarzyszy gospodarczej niedoli. Niechęć Polaków do spółek niemalże dorównuje ich niechęci do spółdzielni.

Warto także rozmawiać o prezydencie – o tym, czy jego urząd jest nam niezbędnie potrzebny, zwłaszcza skoro wybiera się kandydata w głosowaniu powszechnym. Dowodów na poparcie tezy o niskiej przydatności tego urzędu dostarcza aktualny lokator pałacu pod baranami – pardon, pod żyrandolami. W późnym PRL-u krążył po ludziach inteligentnych dowcip, że Piwnica pod Baranami zamierzała się przenieść do Warszawy, ale proponowana lokalizacja nie spodobała się władzom. Dziś w tym budynku funkcjonuje giełda, lokalizacja więc byłaby akuratna, tylko prawdziwych piwnic już nie ma.

Warto rozmawiać o telewizji publicznej – oczywiście nie o tej, która jest, ale o tej, której nigdy nie było. Analizując to na chłodno, najlepsza telewizja publiczna była za prezesury Kwiatkowskiego, choć i wtedy nie była najlepsza. Może zamiast TVP Info nadawać Euronews po polsku? Na pewno nie będzie gorzej, a może nawet będzie nieco taniej.

Warto rozmawiać o polskiej nauce, tylko trzeba robić to szybko, bo za chwilę, już za momencik, tematu (do) rozmowy nam braknie. Gastronomia otwarta, ogródki gotowe, więc do rozmów, Polacy! O Polsce.

O konkordacie nie warto rozmawiać, konkordat trzeba wypowiedzieć.

Krajobraz po burzy.

Posted in polityka with tags , , , on 21 Maj, 2021 by aristoskr

Burza polityczna wreszcie rozlała się poza szklankę i zajęła – no, chyba niemal wannę, a przynajmniej wiadro. O co cały ten rwetes? O pryncypia, czyli oczywiście o pieniądze.

Zanim jednak przejdę do pryncypiów, kilka słów wstępu. Polityczne autodefinicje od dawna nie niosą żadnych informacji i tak naprawdę mają zacierać realne różnice. Co powiedzą przyjeżdżającemu z zagranicy studentowi nauk politycznych nazwy polskich partii? Co z nich wywnioskuje? Tyle tylko, że Lewica jest na lewo od Zjednoczonej Prawicy, będącej od niej na prawo. Platforma Obywatelska – czy to forum NGO-sów? Polska 2050 – stowarzyszenie futurystów? Koalicja Polska – ugrupowanie mniejszości / większości narodowej? Prawo i Sprawiedliwość – ruch promujący przestrzeganie konstytucji? Solidarna Polska – socjaliści czy chadeccy solidaryści społeczni? Konfederacja – ruch samorządów popierających decentralizację? Wiem, że nic nie wiem, ale przecież nie każdy Polak musi być filozofem.

Efektem pośrednim (trudno powiedzieć, czy akurat zamierzonym, choć niewykluczone, że jedynym) ogłoszenia Polskiego Ładu wydaje się polityzacja debaty publicznej, a przynajmniej aktualnej jej namiastki.

Czytając publicystykę „Krytyki Politycznej”, „Przeglądu” lub Klubu Jagiellońskiego czy nawet portali ekonomicznych, można – często po raz pierwszy od wielu lat – dostrzec próby racjonalnej argumentacji opartej na rzeczywistych danych ekonomicznym i podatkowych. Co prawda, traktowanie Polskiego Ładu całkiem na poważnie, jako realnych propozycji zmian, to zdecydowana przesada, ale w dyskusjach pojawiają się już ukształtowane postawy, lęki, aspiracje, rozczarowania, a czasem nawet argumenty.

Zaczynamy więc znowu mówić o tym, ile kto zarabia, kto powinien płacić podatki i jakie, no i czy w ogóle należy je płacić. Niestety, jednym z nieszczęść, jakie dotknęły Polskę, było wyodrębnienie składki na ubezpieczenie zdrowotne. Teraz każdy widzi, ile wydaje miesięcznie na zdrowie (niekoniecznie własne), a prawie nikt nie chce zobaczyć, jak finansuje się opiekę zdrowotną. Samotna matka, pracownik naukowy, napisała na Facebooku, że ewentualna zmiana sposobu odliczania składki zdrowotnej pozbawi ją środków na wizytę u kardiologa – oczywiście, wizytę płatną. Nie dostrzega, że przez niesprawiedliwy system finansowania opieki zdrowotnej oraz ewidentne błędy w zarządzaniu, będące również skutkiem szukania pseudooszczędności, regularne wizyty u kardiologów i w ogóle lekarzy specjalistów są poza zasięgiem tysięcy ludzi regularnie opłacających składki – ludzi, których albo nie stać na prywatną wizytę u specjalisty, albo do takiego specjalisty nie mają dostępu. W rankingu miejsc najlepszych do życia w Polsce od dawna dominują Kraków i Warszawa, także dlatego, że jednym z kryteriów oceny jest dostępność usług medycznych, zarówno tych gwarantowanych przez NFZ, jak i tych pełnopłatnych. W Krakowie, Warszawie i jeszcze paru polskich miastach można bezpłatnie skorzystać z usług, które gdzie indziej w Polsce nie są dostępne nawet za pieniądze.

Dyskusje o klasie średniej i jej braku oraz o samej potrzebie jej istnienia okazały się niezbyt produktywne. Mało kto dostrzega, że klasa średnia (w sensie właścicieli i zarządzających średnimi firmami) ląduje u nas albo w cieniutkiej grupie o najwyższych dochodach, albo w grupie średnio, czyli raczej mało, zarabiających, zwłaszcza jeśli uwzględnić nasze aspiracje. Bo aspiracje mamy duże.

Ważnym elementem debaty stają się właśnie aspiracje. Z dyskusji nad nowym ładem wyziera wypychana skrzętnie ze świadomości prawda, że jesteśmy krajem biednym, w którym żyją ludzie z aspiracjami. Ludzie ci porównują się do mieszkańców krajów znacznie bogatszych, którzy zajmują tam analogiczną pozycję społeczną, i za każdym razem odkrywają, że żyje im się gorzej. Rozumiem, że jest to frustrujące. Frustrujące jest pewnie i to, że wpływu na powstanie tej różnicy niemal nie mieliśmy. Jednak jeszcze bardziej powinno nas frustrować to, że ten nasz minimalny wpływ wykorzystaliśmy jako społeczeństwo tak, by różnica się powiększyła. Oczywiście odpowiedzialność społeczna jest zróżnicowana, zależy od pozycji w społecznej hierarchii władzy i od realnego oddziaływania na decyzje polityczne.

A przecież to dzięki politykom jesteśmy tu, gdzie jesteśmy. Nasz system gospodarczy został tak uformowany, by dostarczać tanią i nieźle wykształconą siłę roboczą zachodnim koncernom w kraju i za granicą. Co prawda, mam wrażenie, że z tym wykształceniem jest sukcesywnie coraz gorzej. Aspiracje mamy dzięki telewizji i internetowi.

Uwierzyliśmy dosyć łatwo i bezrefleksyjnie, że sukcesy zawdzięczamy wyłącznie własnej pracy (choć również rodzinie) i że ich owoce należą się wyłącznie jednostkom, które na osiągnięcia zapracowały. A rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana. Wszystkie bogate kraje zawdzięczają bogactwo równomiernemu w miarę rozwojowi i w miarę równemu podziałowi korzyści z bogactwa. Wyjątek stanowią postkolonialna Brytania i neokolonialne USA. Polska nie ma kolonii, a jest krajem nierówności. I niestety współczynnik Giniego nie jest dla naszego kraju miarodajny, bo wyznacza się go na podstanie badań ankietowych, a który Polak powie w ankiecie prawdę o swoich dochodach?

Lepiej jednak rozmawiać o konkretach niż o aspiracjach. Rozmowa o podatkach może doprowadzić do rozmowy o wspólnocie, o obowiązkach państwa i obowiązkach wobec państwa, czyli o obowiązkach wobec społeczeństwa, a zatem wobec siebie nawzajem.

Niestety, nie ma prostej recepty. Na pewno nie ma jej w Polskim Ładzie. Po pierwsze, wszystkie procesy naprawcze trwają długo lub bardzo długo. Po drugie, żeby coś naprawić, trzeba znaleźć przyczyny usterki i określić możliwe rozwiązania. Powinna też powstać długoterminowa strategia rozwoju. Poprzedni rządzący nie chcieli się nią zajmować, a obecni, nawet gdyby chcieli, nie potrafią, bo jest to po prostu poza horyzontem ich kompetencji i możliwości. I oni jednak odejdą w końcu na śmietnik historii. Lepiej więc mieć przygotowane recepty na leki i terapie.

A na razie żyjemy z dnia na dzień. Byle do jutra. Do pojutrza. Do najbliższego poniedziałku.

Po za tym uważam, że Konkordat oczywiście należy wypowiedzieć.

Polski (nie)Ład

Posted in polityka with tags , , , , on 18 Maj, 2021 by aristoskr

Przed rozpoczęciem lektury wydawało mi się, że Polski Ład trzeba przeczytać obowiązkowo. Tak naprawdę propozycji zmian jest tam niewiele, ale za to o wiele więcej jest tam o PiS. Jest mój kraj taki piękny, jakim go nigdy nie widziałem. I nie wiem, czy kiedykolwiek zobaczę. Nie wiem naprawdę, w jakim celu PiS ją przygotował. Przecież kraj – taki śliczny – dostępny jest tylko nielicznym, najczęściej tym głęboko osadzonym przez PiS w gospodarczych i instytucjonalnych podmiotach maślanych, jak te pączki złociste. Bo uwierzą, choćby na chwilę, tylko ci, którzy choćby na chwilę będą mogli sobie pozwolić na odrobinę luksusu, lub chociaż trochę ulgi.

Prezentacja pod hasłem, jak może być pięknie, i my obiecujemy, że naprawdę, naprawdę… będziemy dalej obiecywać. Ale ad rem lub ad Urban. W dziale Plan na zdrowie obiecano 7 programów, które mają poprawić opiekę zdrowotną. Między innymi lepszy dostęp do opieki nocnej i weekendowej, którą nieco wcześniej PiS uczynił niemal kompletnie nieskuteczną. Teraz będą ją naprawiać. Trochę się lękam, ale jest szansa, że to „zwykła” obietnica. I nie będzie gorzej. Oczywiście lepiej też nie będzie.

Proponowana przez PiS zmiana w pobieraniu składki zdrowotnej nie wpłynie na wielkość nakładów na ochronę zdrowia ani ich podział. Nakłady te zwiększyłoby albo zwiększenie obciążenia składką osób fizycznych (wzrost składki), albo zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia kosztem innych działów budżetu. Bo cudów nie ma i kreatywna księgowość tego nie zmieni. Tak samo jak nie będzie zniesienia kolejek do lekarzy specjalistów… Bo nie ma specjalistów. A z każdym rokiem nie będzie ich bardziej.

Jak nie będzie zdrowia, to może będzie praca. À propos pracy, to PiS chwali się, że o 120 tys. spadła liczba Polek i Polaków żyjących na emigracji. Powtarza dane GUS‑u, którymi posługiwała się Beata Szydło, kiedy była jeszcze premierem. Nie można wykluczyć. Część wróciła – może nawet na stałe – część na krócej. Wracają nawet dyplomaci z Indii, ale… W sondażu Ipsos dla OKO.press zrealizowanym w listopadzie 2020 roku prawie 40% ankietowanych deklaruje chęć emigracji, jeśli tylko będą mieli sposobność. Wśród osób przed 30‑ką, już prawie 64%… Ciekaw jestem wyników badań tegorocznych, zwłaszcza robionych już po ogłoszeniu Polskiego Ładu. Rząd chwali się spadkiem bezrobocia, które w marcu wyniosło 6,4%. Co ciekawe, PiS posługuje się w swojej prezentacji europejskim wskaźnikiem aktywności ekonomicznej BAEL, według którego bezrobocie wynosi zaledwie 3,1%. Chwali się również wzrostem przeciętnego wynagrodzenia, pomijając fakt, że dominanta wygrodzeń w Polsce niewiele przewyższa poziom najniższego ustawowego wynagrodzenia. I jeśli czymś PiS mógłby się chwalić, gdyby chciał, to właśnie systematycznym podnoszeniem minimalnego wynagrodzenia.

Jednak nierówności regionalne w rozwoju gospodarczym – oraz utrzymywanie się degresywnego systemu podatkowego – powodują, że coraz większa część obrotu gospodarczego przenosi się do szarej strefy, a z szarej, do czarnej. A zmiany w podatkach PIT, jakie proponuje PiS, nie zmieniają degresywności systemu podatkowego. Tym bardziej że oferuje zmniejszenie obciążeń nie tylko grupie o najniższych przychodach, lecz również tym, którzy dziś przekraczają próg podatkowy.

Złośliwie można by zauważyć, że to ukryta podwyżka wynagrodzeń parlamentarzystów, którym kiedyś je – z inicjatywy Najwyższego Prezesa – obcięto. Wygląda na to, że nie dla wszystkich parlamentarzystów Nie Całkiem Zjednoczonej Prawicy starczyło ciepłych posadek i maślanych pączków. W części poświęconej pracy również umieszczono szereg często nawet słusznych obietnic. Można mniemać, że większość z nich obietnicami pozostaną.

Następnie są setki obietnic gospodarczych, które charakteryzuje po wielokroć używane słowo setki… A nawet i tysiące. I tak, mamy obiecane tysiące kilometrów dróg, bezpiecznych przejść, niskoemisyjnych autobusów, remonty tysięcy szkół, tysiące boisk i punktów fitness, tysiące kilometrów wodociągów i kanalizacji. A nawet systemy fotowoltaiki dla setek tysięcy domów i tysiące systemów małej retencji.

Natomiast, nie wiedzieć czemu, obiecywane są jedynie setki remontów oddziałów szpitalnych, nowych pracowni specjalistycznych badań, czy setki kilometrów światłowodów. Oraz setki działań z zakresu zazieleniania miast, setki kilometrów nowej infrastruktury energetycznej i setki nowych muzeów. Do tego tylko jeden, choć centralny, port komunikacyjny nie robi już takiego wrażenia. Intrygująca jest też budowa dróg wodnych, które chyba będą mlekiem i miodem płynące, bo o wodę w rzekach będzie coraz trudniej.

Ciekawy jest dział poświęcony domowi i rodzinie. Z jednej strony PiS proponuje (obiecuje) upowszechnienie standardów urbanistycznych, z drugiej zaś – chce umożliwić budowę domów bez nadzoru budowlanego i kierownika budowy. Czyli według standardów podhalańskich, tyle że nie będą to samo-wole, a jedynie budynki samo-stojące.

Bardzo interesująco brzmi obietnica powszechnego dostępu do badań prenatalnych. W zasadzie ten dostęp już jest. Tyle że ich wykonywanie jest traktowane jak przymiarka do zakazanej przecież aborcji. Klasyczny przykład lizania cukierka przez szybę, a w dodatku cukierek i tak jest gipsową atrapą. Zresztą w ramach tożsamości polskiej rodziny wszystko będzie dostępne tylko rodzinom katolickim, a te przecież nie robią badań prenatalnych. No chyba że prywatnie. Kolejną cześć prezentacji zajmuje klasyczny Kulturkampf. Od kultu rodziny w szkole do kultu Żołnierzy Wyklętych, kanon lektur patriotycznych, które krzepią. Unifikacja wizualna instytucji państwa, państwa i obywateli. Jeden naród, jedno państwo, jeden… prezes.

Zaprawdę powiadam wam, nie musicie czytać tej czytanki. Obojętnie czy wierzycie w premiera Morawieckiego i nadpremiera Kaczyńskiego, czy jesteście niewierzący. Cel tego dokumentu już został spełniony, bo jego jedynym celem była prezentacja. Wszyscy możemy o nim zapomnieć, a ja stawiam 7 Euro przeciw Polskiemu Elektrycznemu Samochodowi dla milionów (albo za miliony), że sam Prezes Jarosław już o nim zapomniał. To nie znaczy, że nie pojawią się inicjatywy ustawodawcze, które do Ładu, czy nie-Ładu, będą się odwoływać. Ale sam Ład, to już przeszłość. Ci, którzy potrafią i chcą realnych zmian, muszą je sami sformułować. I niech was bogowie wszyscy bronią, nie należy wspominać więcej o Ładzie.

Marzy mi się, by przynajmniej część tych propozycji została skonsultowana z organizacjami społecznymi, samorządami i uzgodniona przez partie opozycyjne. Wtedy naprawdę nastałby ład i byłoby w ogóle jakoś ładniej. Jeśli jednak nie, to dalej będzie trwał – jak już kiedyś napisał Grzegorz Sroczyński – chaos i burdel.

%d blogerów lubi to: