Archive for the demokracja Category

Przypowieść o sfermentowanym śledziu

Posted in demokracja, prawo, trybunał, zdrowie with tags , , , , on 27 stycznia, 2023 by aristoskr

Europejska Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności traktuje jako odrębne od siebie i niezależne wolność myśli, mającą znaczenie intelektualne, potem wolność sumienia o charakterze etycznym, a następnie wolność wyznania, mającą znaczenie religijne. Podkreśla się, że w gruncie rzeczy artykuł 9 Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności nie tylko stoi na straży wolności wyznania, czyli wolności religijnej, lecz także ma chronić wolność światopoglądową – co akcentują użyte w treści tego przepisu słowa „myśl”, „sumienie”, „religia” (wyznanie), „przekonanie”. Historycznie wolność myśli, sumienia i wyznania to wolności nabyte, możliwe do zrealizowania tylko w otwartym społeczeństwie demokratycznym, o ile oczywiście prawo danego kraju oraz władze i trybunały na to pozwolą.

Kwestia lekarskiej klauzuli sumienia wraca do nas jak bumerang albo (przepraszam za wyrażenie) odbija nam się czkawką. albo torsjami po narodowej szwedzkiej potrawie, czyli sfermentowanym śledziu. Skąd nagle Szwedzi? Ano stąd, że klauzula sumienia, ta prawdziwa, narodziła się w Szwecji. Tam na początku XX wieku rozpoczęto eksperymenty eugeniczne i budowano „naukowe” podstawy rasizmu. Tam powstało Towarzystwo Eugeniczne, którego działalność doprowadziła do powołania Państwowego Instytutu Higieny Rasy, a następnie do uchwalenia w 1941 roku prawa sterylizacyjnego z trzema przesłankami sterylizacji osób dorosłych. Dopuszczono z powodów medycznych sterylizację kobiet, dla których ciąża mogła stanowić zagrożenie życia ze względu na ich stan zdrowia lub wadę fizyczną. Z powodów eugenicznych dopuszczono sterylizację osób, które drogą genetyczną mogłyby przekazać potomstwu chorobę fizyczną, umysłową lub inne ograniczenie intelektualne. A z powodów socjalnych zezwolono na sterylizację osób, które nie były w stanie zapewnić opieki potomstwu ze względu na ograniczenie intelektualne, zaburzenia psychiczne lub asocjalny tryb życia*. Sterylizacja mogła być stosowana za zgodą pacjenta. Nie tylko w Szwecji odmowa nie zawsze jest dla pacjenta łatwa, z kolei urzędnikowi zawsze łatwiej odmowy nie usłyszeć. Szczególnie w obliczu utraty premii.

Gdzie tu klauzula sumienia? Odwołali się do niej po raz pierwszy szwedzcy lekarze. No, oczywiście nie wszyscy, tylko ci, którzy mieli sumienie. Ci właśnie lekarze stwierdzili, że nie mogą wykonywać zabiegu, nie mając pewności, że pacjent wyraził na niego świadomą zgodę, a sam zabieg służy ratowaniu jego zdrowia lub życia. Tak więc dla sumień szwedzkich lekarzy (niektórych) najważniejsza była troska o zdrowie i życie pacjenta w świetle aktualnej wiedzy medycznej.

Dla sumień polskich lekarzy najważniejszy jest, przynajmniej oficjalnie, spokój sumienia wynikający ze zgodności ich przekonań religijnych z ich praktyką lekarską. Zdrowie i życie pacjentów są tutaj sprawą co najwyżej drugorzędną, jeśli nawet nie trzeciorzędną. Tak samo jak konfrontacja z konsensusem naukowym będącym podstawą aktualnego stanu wiedzy medycznej.

Wydaje się więc, że sumienie polskich lekarzy jest czymś diametralnie innym niż sumienie lekarzy szwedzkich. Ja osobiście (i pewnie nie tylko ja) preferowałbym wersję szwedzką, nawet gdyby przyszło mi czasem zobowiązać się do przełknięcia kęsa sfermentowanego śledzia.

Warto przy tej okazji – okazji nie śledzia, ale sumienia – przypomnieć orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 2015 roku, czyli jeszcze pod przewodnictwem prof. Rzeplińskiego. Trybunał w pełnym składzie uznał wtedy, że lekarz jako osoba fizyczna nie może być zobowiązany do wskazania innego lekarza lub podmiotu, który o zdrowie i dobro pacjenta dba bardziej niż o swoją iluzję na temat sumienia. Trybunał stwierdził jednak, że lekarz ten powinien zgłosić przełożonemu swoją decyzję o skorzystaniu z klauzuli sumienia oraz uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji. To placówka medyczna powinna wskazać inną placówkę, w której pracują lekarze bez sumienia, za to gotowi do realizacji zabiegów i terapii zgodnych ze stanem wiedzy medycznej w trosce o zdrowie i życie pacjentów.

Moim zdaniem decyzję o wyższości własnego sumienia ponad wiedzą medyczną lekarz powinien ogłosić przed rozpoczęciem praktyki lekarskiej, licząc się z tym, że będzie mu trudno znaleźć zatrudnienie w publicznych placówkach opieki zdrowotnej, bo te mają leczyć zgodnie z aktualnym stanem wiedzy medycznej. A przynajmniej powinny. Kierownik placówki zawierającej kontrakt z NFZ miałby obowiązek zagwarantować realizację świadczeń zgodnie z prawem i wiedzą medyczną, nie mógłby zatem sobie pozwolić na zatrudnienie lekarza, który nie będzie chciał wykonywać niektórych procedur medycznych. Co więcej, lekarz prowadzący praktykę prywatną, zgłaszając korzystanie z klauzuli sumienia, powinien być obowiązany do opublikowania zakresu świadczeń, których nie zamierza realizować, tak by pacjenci mogli podjąć decyzję, czy korzystać z sumienia lekarza czy z opieki medycznej. Tak powinna wyglądać praktyka państwa prawa, które respektuje wolność myśli, sumienia i wyznania oraz prawa człowieka do ochrony zdrowia.

Czemu o tym przypominam ? Bo znowu, tym razem poniekąd za sprawą nastolatki z Podlasia, o polskiej klauzuli sumienia zrobiło się głośno. Zresztą na Podkarpaciu byłoby tak samo, bo województwo ogłosiło się strefą stojącą na straży lekarskich sumień. Kto chce ratować życie lub zdrowie, może sobie jechać na Słowację. Do Szwecji trochę daleko.

Przydałoby się też trochę polityków mniej troszczących się o własne sumienie, a bardziej o dobro i zdrowie obywateli. Bo inaczej pozostaniemy tylko z nadziejami, że szanse na „zdrowie” mamy dopiero po śmierci. A ci, co takich nadziei nie żywią, zostaną pozbawieni wszelkich.

PS 1 Gwiazdka * odsyłać Was powinna do Wikipedii albo w ogóle gdzieś do jakichś chmur.

PS 2 Przypominam , że konkordat należy wypowiedzieć, a klauzulę sumienia napisać od nowa po szwedzku.

Gry w listy

Posted in demokracja, polityka, Polska with tags , , , , , , on 22 stycznia, 2023 by aristoskr

W miarę pogarszania się wyników sondażowych Zjednoczonej (jeszcze?) Prawicy maleją szanse wystawienia przez (zjednoczoną?) opozycję wspólnej listy kandydatów do Sejmu. Tak naprawdę zresztą szanse na taki układ były przez cały czas co najwyżej iluzoryczne.

Zdaniem redaktorów „Gazety Prawnej” („Opozycyjne trzy plus jeden”; 17. 01.2023), wśród liderów partii opozycyjnych dominuje już graniczące z pewnością przekonanie, że nie powstanie jedna lista opozycyjna z lewicą. Rozstrzygające zdanie w tej kwestii ma Platforma Obywatelska, podobnie jak w roku 2019, kiedy – po części na skutek decyzji PO, a po części dzięki rozsądkowi liderów lewicy, nastąpiło połączenie partii lewicowych na wspólnej liście i ich powrót do parlamentu. Całościowy efekt wyborów nie był dla opozycji satysfakcjonujący, ale główną tego przyczyną była wewnętrzna słabość organizacyjna i programowa PO.

A jak wygląda sytuacja teraz na dziesięć miesięcy przed wyborami? Platforma, kierowana dosyć silną ręką Donalda Tuska, wydaje się zwarta. Jeśli nie nastąpi jakieś nieoczekiwane odwrócenie sondaży, raczej nikt nie będzie przywództwa Tuska kwestionował do samych wyborów. PO zapewne pójdzie do nich sama, bo umacnia się w sondażach. Od lipca 2021 średni wynik PO we wszystkich badaniach systematycznie wzrasta i aktualnie (w styczniu 2023) ociera się już o granicę 30% – średnio, bo incydentalnie PO ten poziom przebijała. Po prostu krzywa rośnie.

Podczas gdy Platforma idzie w górę, Polska 2050 nie tyle przybliża się do sukcesów w 2023, ile zdecydowanie się oddala od roku 2050. Zadowolenie z siebie lidera partii wydaje się odwrotnie proporcjonalne do średniej sondażowej. Wykres wyników sondaży jest niejako symetrycznym odbiciem wyników PO. Od swojego maksimum w czerwcu 2021: prawie 21%, wykres dla Polski 2050 systematycznie się obniża, by w styczniu 2023 osiągnąć niecałe 10%.

Wskazuje to wyraźnie, że Hołownia przegrywa z Tuskiem walkę o rząd dusz w elektoracie PO. Do wyborów sporo czasu i nie wiadomo, czy spadkowa tendencja doprowadzi partię Hołowni pod próg wyborczy czy zatrzyma się jeszcze nad progiem. Można mniemać, że im bardziej poparcie dla PO przekroczy 30%, tym mniejsze będą szanse Hołowni na miejsca w Sejmie. Dla całej opozycji jednak wynik Hołowni poniżej progu w połączeniu z wynikiem post-Konfederacji powyżej 10% to najgorszy, a wcale nie niemożliwy scenariusz.

Na pierwszym zjeździe partii Polska 2050 Hołownia zgodnie z przewidywaniami został wybrany na przewodniczącego, będąc zresztą jedynym kandydatem. Nieco może dziwić jego odwołanie się do Kościuszki jako wzorca. Kościuszko 250 lat temu walczył z zaborcami i w antybrytyjskiej rebelii, która skończyła się powstaniem Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Jak na swój czas był radykałem, antyklerykałem i raczej republikaninem, choć nie w amerykańskim, lecz europejskim stylu. (Ciekawostka: amerykańskie partie symbolizujące dwie strony konfliktu w wojnie secesyjnej zamieniły się po czasie miejscami na scenie politycznej). Kościuszko, jak mniemam, byłby nie mniej zaskoczony wyborem Hołowni niż dzisiejsi polityczni komentatorzy.

Podkreślając swoją niezależną pozycję oraz sprzeciwiając się scenie politycznej podzielonej na PiS i anty-PiS, zdominowanej przez PO, Hołownia chciałby zaproponować trzecią opcję. Chciałby być wyborem dla byłych wyborców PiS zniechęconych polityką rządu i aferami. Mogłoby to pomóc w pokonaniu PiS. Hołownia mógłby też być szansą dla działaczy PiS uciekających przed porażką. A to już mogłoby prowadzić do komplikacji przed- i powyborczych.

Trzecie ugrupowanie opozycji, czyli prawie zjednoczona Nowa Lewica, stale sobie zadaje pytanie, czy to będzie 5% czy 15%. Do wyniku z roku 2019 raczej dalej niż bliżej, i tak jest od kwietnia 2020, czyli od dawna. Od tego czasu sondażowe wyniki lewicy stanowią sinusoidę balansującą wokół 10%. Niektórzy sugerowali, że to efekt klęski Roberta Biedronia w wyborach prezydenckich. Przyczyna jest jednak chyba inna: problemy z artykułowaniem wspólnej wizji politycznej i z komunikowaniem się z elektoratem. No i z poszukiwaniem elektoratu, bo czteroletnia nieobecność na scenie politycznej (parlamentarnej) spowodowała albo przyspieszyła demobilizację i przemiany generacyjne w potencjalnym elektoracie lewicy. I jeszcze to, że prawie każdy zwolennik lewicy ma swoją definicję lewicowości i oczekuje od partii oferty zgodnej z własną definicją.

Na boku pozostawiono PSL, chętne do włączenia się w wielką koalicję (której nie będzie). Ludowcy zapewne zgodziliby się na wspólny start z Hołownią, bo – jak się wydaje – ich elektoraty mogłyby się uzupełniać. Sprawdziła to pracownia Research Partner. Gdyby te partie startowały osobno, Polska 2050 mogłaby otrzymać 9,4%, a PSL 4,8%, czyli na granicy progu lub tuż pod progiem, choć trzeba przyznać, że PSL niemal zawsze jest niedoszacowane w sondażach. Wspólny start dałby według tych obliczeń 13,3%, czyli tylko o jeden punkt procentowy mniej niż suma pojedynczych wyników. W mandatach różnica byłaby jednak znacząca, no i PSL byłoby pewne, że jej przedstawiciele znajdą się w Sejmie.

Tyle, jeśli chodzi o listy. Jedyna niewiadoma to właśnie wspólny – lub nie – start Hołowni i PSL. Jeśli chodzi o Polskę „po PiS-ie”, to nadal wiemy niewiele. Ma być inaczej, choć nikt nie ma stracić. Ma być trochę jak przedtem, ale nie całkiem. Mamy zostać w Europie i dostać pieniądze. Bo nam się należą. Lista problemów niełatwych do rozwiązania jest bardzo długa i raczej budzi lęki niż nadzieje. Jeśli odbudowa struktur państwa i instytucji będzie przebiegać podobnie jak dotychczasowa współpraca demokratycznej opozycji, czeka nas bardzo długa i kręta droga. O wiele dłuższa niż ta do Tipperary.

Wszystkie sondaże i trendy do obserwowania na stronie ewybory.eu

Trudna sztuka konsultacji

Posted in demokracja, Kraków, samorząd, społeczeństwo with tags , , , on 13 stycznia, 2023 by aristoskr

Jedną z „wad” Unii Europejskiej i źródłem problemów w Polsce jest wprowadzony wymóg konsultacji społecznych przy projektach ubiegających się o finansowanie z Funduszy Europejskich, czyli praktycznie przy wszystkich inwestycjach publicznych.

W ubiegłym roku mieliśmy w Krakowie (choć problem nie jest wyłącznie krakowski) spiętrzenie konsultacji społecznych: koncepcja budowy linii tramwajowej w kierunku Wieliczki (projekt dla osiedla Rżąka), Trasa Zwierzyniecka i Pychowicka, tramwaj w alejach Trzech Wieszczów. Jaki jest tu element wspólny? Moim zdaniem porażka wpisana od początku w projekt konsultacji.

Za każdym razem mieszkańcy dostawali do oceny kilka wariantów z podwariantami. Wygląda na to, że efektem prac koncepcyjnych (lub ich zamiarem) było wrzucenie wszystkich wyobrażeń do jednego worka i – niech sobie obywatele wylosują jeden. Sam tak robię w losowaniach Eurojackpot: stosuję metodę na „chybił trafił” i oczywiście zwykle nie trafiam.

Weźmy na warsztat konsultacje w sprawie tramwaju do osiedla Rżąka; niedawno opublikowano raport. Koncepcja taka powinna wzbudzić zainteresowanie co najmniej kilkunastu tysięcy mieszkańców tego rejonu miasta, a w zasadzie całej Wieliczki, czyli dodatkowo prawie trzydziestu tysięcy osób.

Do oceny było sześć wariantów trasy, z czego tak naprawdę tylko jeden dotyczył osiedla Rżąka i miał też zapewnić najlepszą komunikację powstałemu w nowej lokalizacji szpitalowi klinicznemu. Cały projekt jest przykładem kompletnego braku porozumienia pomiędzy władzami Krakowa, szpitala i uniwersytetu. Decyzja o budowie szpitala, a właściwie kompleksu szpitalnego, zapadła w 2013 roku. Przez kolejne lata nikt nie podjął starań, by zapewnić szpitalowi dogodne połączenia komunikacyjne. Dopiero gdy szpital „nagle” otwarto w 2022 roku, rozpoczęto przebudowę układu drogowego, by umożliwić dojazd nie tylko karetkom, ale też personelowi medycznemu i pacjentom. Spóźnione o ponad dziesięć lat poprowadzenie linii tramwajowej miałoby ucywilizować ruch na coraz bardziej zakorkowanej ulicy Wielickiej.

Wariant zgodny z celami inwestycji w zasadzie był tylko jeden, z tym że lokalizacja pętli w pobliżu szpitala podważała sens tej trasy, nie gwarantując poprawy połączeń z Wieliczką ani możliwości utworzenia alternatywnej komunikacji dla ulicy Wielickiej. Projekt przewidywał pętlę tramwajową na obecnych terenach zielonych w rejonie szkoły podstawowej przy ulicy Rydygiera. Sensowna trasa powinna moim zdaniem biec dalej do ulicy Kosocickiej i Mała Góra, a potem – jak przewidywał inny wariant – przekraczać autostradę, by prowadzić na pętlę i parking po jej wielickiej stronie. Obsługiwałaby wtedy komunikacyjnie szpital i osiedle Rżąka, a także dawałaby szansę na odciążenie ulicy Wielickiej. Nikt jednak takiej trasy nie narysował. Włożono za to wiele trudu w mnożenie wariantów prostego przedłużenia linii tramwajowej w pasie drogowym Wielickiej, lokując pętlę tramwajową pomiędzy Wielicką a Czerwiakowskiego.

Raport z konsultacji zawiera uwagi zgłaszane na spotkaniu oraz krótką analizę wypełnionych ankiet (118). Największą popularnością (46 opinii) cieszył się wariant przewidujący poprowadzenie trasy tramwajowej w tunelu środkiem Wielickiej pomiędzy pasami drogowymi i z pętlą w rejonie Czerwiakowskiego. Wariant ten zakłada również w bliżej nieokreślonej przyszłości możliwość wydłużenia linii tramwajowej w kierunku Wieliczki. Stawiam opłacone kupony Eurojackpot przeciw kuponom Lotto, że wariant tramwaju w tunelu najbardziej spodobał się tym, którzy w okolicach planowanej linii tramwajowej mieszkają, ale nie zamierzają z niej nigdy korzystać. Drugi pod względem liczby głosów był wariant, który jako jedyny miałby obsługiwać szpital, ale w żaden sposób nie mógłby rozwiązać problemu obecnych i przyszłych korków na Wielickiej. Jest jednak najkrótszy i najtańszy, ma więc szanse na realizację, o ile którykolwiek wariant zostanie w ogóle zrealizowany. Wnioski z innych konsultacji, dotyczących linii tramwajowej w alejach Trzech Wieszczów, mogą sugerować, że żadnej inwestycji nie będzie.

Konsultacje w sprawie linii tramwajowej w alejach wyglądały dokładnie tak samo: kilka wariantów trudnych do jednoznacznej oceny i najsilniejsza frakcja mieszkańców z opcją „Nie przy moim domu, bo wiadomo, mój dom to mój zamek. A przynajmniej z zamkiem”.

Podobny rezultat przyniosą zapewne konsultacje dotyczące Trasy Zwierzynieckiej i Pychowickiej: wiele wariantów, z czego większość nierealistyczna, i duży opór mieszkańców. Niestety, o ile akurat te projekty mają najmniejszy sens z punktu widzenia komunikacji publicznej, o tyle silne lobby samochodowe może skłonić prezydenta Krakowa do wpakowania miasta w tę koszmarnie drogą i dewastującą środowisko inwestycję.

Iluzoryczne konsultacje to nie jakaś wyjątkowa specyfika Krakowa. Tak samo wyglądały procedury GDDiA związane z nowym przebiegiem zakopianki. Argumentem za budową nowej drogi jest nadmierne obciążenie trasy, chociaż za 20–30 lat obciążenie może się tam znacznie zmniejszyć, zwłaszcza że zostanie już uruchomiona linia kolejowa Podłęże – Piekiełko, która umożliwi skrócenie podróży pociągiem z Krakowa do Zakopanego i Krynicy. Warszawiacy może wybiorą wtedy salonkę zamiast samochodu. Co więcej, nikt nie bierze pod uwagę, że planowana wstępnie przez samorząd województwa małopolskiego linia kolejowa Kraków – Myślenice też mogłaby znacząco ograniczyć ruch na zakopiance. Jednak jeśli GDDiA przeforsuje budowę nowej szosy, dla linii kolejowej może już braknąć miejsca i pieniędzy.

Na zakończenie jeszcze parę słów na temat kolei, do której Polacy wybitnie nie mają serca. To znaczy, nie mają do niej serca ludzie zarządzający koleją, i to chyba wszyscy po roku 1989. Najnowszy przykład? Zakończona niedawno „modernizacja” linii kolejowej Wrocław – Poznań ma umożliwiać podróż z prędkością 160 km/h. Przy remontach zlikwidowano jednak większość stacji, na których pociągi mogłyby się wyprzedzać, z zatem te potencjalnie szybsze i tak będą musiały się wlec za wolniejszymi. Pasażerowie zresztą tego nie odczują, bo kolej nie dysponuje niezbędną liczbą lokomotyw i składów pociągowych osiągających dopuszczalną prędkość. Wszystko zostaje po staremu. Za wyjątkiem cen biletów kolejowych.

Ważne jednak, że odbywają się konsultacje. Ludzie zostaną wysłuchani. I to nie tylko przez policję, która zakupiła najnowsze oprogramowanie do podsłuchów.

Państwo bezprawia i bez pracy.

Posted in demokracja, gospodarka, Kraków, solidarność, społeczeństwo with tags , , , , , on 9 stycznia, 2023 by aristoskr

Czy wiecie, że po Krakowie jeżdżą nowoczesne autobusy elektryczne zaprojektowane i wyprodukowane przez spółdzielnię pracy? Oczywiście nie polską, lecz hiszpańską, a dokładnie z Kraju Basków. Spółdzielnie pracy to żadna tam ciekawostka w Hiszpanii, a w Kraju Basków to w zasadzie powszechna forma prowadzenia działalności gospodarczej. Zupełnie inaczej niż w Polsce, gdzie od lat reklamowana jest jednoosobowa działalność gospodarcza, wprowadzana często nawet na siłę.

Ciekawe, czy wszyscy obrońcy konstytucji wiedzą, który przepis konstytucyjny jest od dawna najbardziej martwy. Moim (i nie tylko moim) zdaniem to artykuł 65, a w szczególności punkt 5: „Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych”. No więc nie, władze nie prowadzą i w zasadzie nigdy nie prowadziły takiej polityki od czasu uchwalenia konstytucji.

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem w krakowskim dodatku do „Gazety Wyborczej” tekst czy raczej omówienie materiału prasowego (czyli przygotowanego dla mediów) na temat raportu Instytutu Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Ciekawe, że tekst nie znalazł się w ogólnopolskiej części gazety, choć przecież mógłby, a może nawet powinien, trafić do najważniejszego (zdaniem „Gazety Wyborczej”) działu „Wyborcza.biz”. Krakowski dodatek zresztą ograniczył się do zrelacjonowania – jak sądzę – materiału przygotowanego przez autorów raportu. „Krytyka Polityczna” zareagowała inaczej: jej publicysta (i jednocześnie publicysta „Gazety Prawnej”) skupił się na marginalizowaniu raportu.

Ale do rzeczy. Oprócz przypomnienia, czym jest polityka gwarantowanego zatrudnienia – ważnego zwłaszcza dla nieznających niczego poza neoliberalizmem – autorzy przygotowali analizę rynku pracy i wiszących nad nim zagrożeń. Ja, nieco arbitralnie, wybrałem to:

– wyczerpywanie się prostych rezerw rozwojowych w kontekście dostępnych zasobów pracy, co może znacząco zmniejszyć dynamikę wzrostu odsetka osób aktywnych zawodowo;
– zanik dialogu społecznego oraz słabo rozwinięte mechanizmy kooperacji/komunikacji na linii pracodawcy – pracownicy;
– brak dostosowania polityki rynku pracy do wyzwań globalnych, regionalnych i lokalnych;
– systemowa słabość publicznych instytucji otoczenia rynku pracy mających za zadanie egzekucję przepisów kodeksu pracy i praw pracowniczych.

Słowem, polskie rządy w pigułce, i to nie tylko przez ostatnie lata, ale w zasadzie od czasu transformacji systemowej. Jak przypominają autorzy raportu, koncepcja pełnego zatrudnienia pochodzi z początków ubiegłego stulecia (Keynes, Minsky, Kalecki), a funkcjonowała w ekonomicznym mainstreamie aż do końca lat 70. – do przewrotu neoliberalnego. „Zgodnie z postkeynsowskim podejściem, reprezentującym oryginalną myśl Kaleckiego i Keynesa, w przeciwieństwie do prywatnego rynku rząd ma narzędzia do zapewnienia stanu pełnego i produktywnego zatrudnienia. Są nimi przede wszystkim wydatki i inwestycje publiczne”. Autorzy podają przykłady efektywnie działających programów gwarantowanego zatrudnienia w Belgii, Austrii, Francji. Czyli można. Wystarczy chcieć…

Istotną częścią raportu jest analiza polskiego systemu gospodarczego i fiskalnego, dosyć druzgocąca we wnioskach. „Model polityki gospodarczej w Polsce jest oparty o niskie płace, zdyscyplinowanych pracowników oraz elastyczny rynek pracy. Osiągane jest to kosztem instytucjonalnie słabej pozycji przetargowej pracowników, skutkującej niskim udziałem płac w PKB. (…) Jednym z efektów tego stanu rzeczy jest niebagatelna skala wypłacania wynagrodzeń pod stołem”. Czysty neoliberalizm.

W dalszej części raportu autorzy diagnozują działania rządu w sferze pracy poprzez instytucje. Politykę rządową cechuje chaos programowy, chaos zarządzania oraz całkowita nieobecność na najbardziej istotnym polu – polu lokalnym, czyli w gminach. Jednym z elementów aktywnej polityki wspierania rynku pracy jest według autorów (co nie powinno być zaskoczeniem) wspieranie tworzenia lokalnych spółdzielni pracy.

I tak oto przez rynek pracy wróciliśmy do autobusów elektrycznych. Niestety, hiszpańskich. Hiszpania też przechodziła transformację społeczną, ekonomiczną, polityczną. Była krajem zacofanym, rolniczym. Jej transformacja była jednak modernizacją. A nasza…

Raport – 5/2022 Praca prawem nie towarem
Centrum Polityk Publicznych Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie

Koniec religii to nie koniec świąt.

Posted in ateizm, demokracja, gospodarka, Kultura with tags , , , , , , on 4 stycznia, 2023 by aristoskr

Nie mogę napisać, że to zapisania moich przemyśleń skłonił mnie tekst częstego, bo jednak jeszcze nie stałego przecież publicysty Gazety Wyborczej, Marcina Matczaka. Jeśli coś mnie skłoniło, to spory szum, wokół tego teksu, o jakoby ”chrześcijańskich symbolach” świąt, Tych Świąt. Drugi jego tekst (replika) nie jest wart w ogóle żadnej wzmianki bo to pieśń urażonych do żywego uczuć religijnych lub jak kto woli jęk podrażnionego ego. O drugim tekście w można w zasadzie tylko wspomnieć, że gdyby samozadowolenie Pana Matczaka mogło latać to nie fruwałoby jak ta gołębica, obok dzwonnicy najwyższej z katedr, tylko szybowałoby w niebiesiech jak te orły, sokoły. Ale ad rem jak pisał Jerzy Urban.

Jak każdy publicysta , a już szczególnie publicysta Gazety Wyborczej , ma pan Matczak prawo do własnego zdania. I w zasadzie na tym można by tekst zakończyć. Bo nie każde zdanie , nawet upowszechnione w sporym ( jeszcze ) nakładzie wymaga polemiki, czy choćby nawet przeczytania. Ale skoro wzbudziła się, być może samoistnie, ta burza w szklance wody, może doleję parę kropli kwasu.

Po pierwsze w pewnym sensie Matczak ma rację , że katolickie święta nie pasują do społeczeństwa tiktoka. Gdyby Matczak był wstanie spojrzeć nieco szerzej, mógłby dojrzeć, że nie tylko święta ale cały katolicyzm nie pasuje do kapitalizmu a już tym bardziej do turbokapitalizmu. Katolicyzm to religia , która powstała by bronić feudalizmu, służyć feudalizmowi, nawet jeśli czasem któryś papież chciał być ważniejszy o cesarza. Religią kapitalizmu był protestantyzm. Turbokapitalizm czyli kapitalizm w swojej dojrzałej formie nie potrzebuje religii bo sam jest quasi religią. Nie potrzebuje już nawet protestantyzmu z jego etyką pracy i predystynacji.

Turbokapitalizm (neoliberalizm) wprowadza własne zasady, własne święta, własne rytuały, których nie da się go pogodzić z żadną inną religią. Jest amoralny według innych systemów moralnych czyli ma własną moralność, w której najwyższą cnotą jest egoizm. Uważa , że wszystko można kupić ale jeszcze lepiej zabrać bez płacenia. To turbokapitalizm odarty z magii świąt, to Mikołaj coca-coli , gdy ściąga czerwony strój i pokazuje doskonale uszyty garnitur od Hugo Bossa.

Dostrzegają to konserwatyści , którzy krytykują kapitalizm z pozycji właśnie etyki katolickiej. Oni przynajmniej starają zachować jakąś spójność poglądów nawet jeśli są to poglądy anachroniczne.

Ciekawsza od tekstu Matczaka i burzy w socialach ( jak nazwać mało istotną burzę internetową ? zamieszanko ? ) jaką wywołał, jest opinia Piotra Augustyniaka. To nie tyle replika co raczej próba wyjaśnienia spraw, o których Matczak nie wie lub wiedzieć nie chce. Agustyniak pisze „Tymczasem prawda o Bożym Narodzeniu jest równie brutalna, jak opisany przez Baudrillarda amerykański paradoks Disneylandu. Odwiedza się go po to, aby wytworzyć w sobie złudne poczucie, że świat poza Disneylandem jest inny. A tymczasem Disneyland to cała amerykańska codzienność. To fikcja życia opartego na masowej rozrywce i konsumpcji.„

Tak właśnie wygląda dziś, choć wcale nie od wczoraj, „amerykański sen”. Sen bo od dawna przestał być marzeniem. Ten sen, obietnica szczęścia i raju na ziemi niemal w zasięgu ręki wygrywa, bo wygrać musi z obietnicą raju po śmierci. Tym bardziej, że ten raj po śmieci trochę wygląda nudnawo i co najwyżej obiecuje uwolnienie od cierpienia a nie obiecuje szczęści i dobrobytu. Bo cóż nam z dobrobytu po śmierci. Trochę lepiej wygląda raj w wersji islamskiej co może tłumaczyć popularność islamu. Choć jest nie mniej anachroniczny w kapitalizmie niż chrześcijaństwo.

Jedyny problem z tym , że okrutnym i bezlitosnym bogiem turbokapitalizmu jest niewidzialna ręka rynku. Łaskawa jak Chtulhu. Osoby o poglądach Matczaka usiłują godzić swojego boga z turbokapitalistycznym Cthulhu. I faktycznie, na co zwrócił uwagę Agustyniak – Chrześcijaństwo tworzy bowiem religijność opartą na trosce o własne zbawienie, kreując podmiot, który skupia się na sobie i swoich potrzebach. W ten sposób przygotowuje grunt dla powstania konsumpcyjnego społeczeństwa.„ Czyli kreuje skupionych na sobie egoistów, nie tylko w postaci księży.

Ci egoiści gotowi są na udział w grze, w której zawsze przegrają. Przegrywają również ci, którzy stroją się w szaty apostołów jak Matczak, choć trzeba przyznać, że przegrywają w nieco lepszych warunkach niż inni. Ich moralizatorstwo wynika z przeczucia własnej porażki. I z zazdrości, że inni choć też przegrywają, to czasem udaje im się ocalić odrobinę siebie. Bo tylko to jeszcze jest możliwe. Dlatego trzeba świętować, na własnych zasadach, to co się chce świętować i kiedy tylko można. Radujcie się, kto wolny i myśli wolno.

Tak czy inaczej, konkordat należy wypowiedzieć.

Naród i przemoc

Posted in demokracja, historia, polityka with tags , , , , on 20 grudnia, 2022 by aristoskr

Narodowość czy też przynależność narodowa, podobnie jak nacjonalizm, są szczególnego rodzaju reliktem kulturowym. Tak mówi Benedict Anderson, amerykański historyk i politolog. Narody wyobrażane są jako wspólnoty ograniczone, ponieważ nawet największa wspólnota zamieszkująca choćby największe terytorium musi zawsze pozostać ograniczona ze względu na granice geograficzne i na przeświadczenie członków wspólnoty o swojej przynależności do danego miejsca. Nacjonalizm to z kolei pogląd ludzi ograniczonych – ograniczonych nie tylko w sensie horyzontu zawężonego do własnego narodu, ale też ograniczonych w postrzeganiu rzeczywistości.

W kulturze nowożytnej najważniejszymi elementami symboliki narodowej są groby nieznanych żołnierzy. Martwi bohaterowie są ważniejsi niż żywi, żywi zaś mają obowiązek w razie konieczności zostać martwymi bohaterami. Jak wyjaśnia Anderson, skoro wyobrażenia narodowe dotyczą takich właśnie kwestii, świadczy to o ich bliskim pokrewieństwie z wyobrażeniami religijnymi, a to z kolei wskazuje na zakorzenienie nacjonalizmu w śmierci, ostatecznym przeznaczeniu każdego człowieka niezależnie od jego wieku.

Może to tłumaczyć łatwość, z jaką nacjonalizmy łączą się z religiami, choć wszystkie religie twierdzą, że są ponadnarodowe. Nacjonaliści zyskują w ten sposób religijne (boskie) namaszczenie i pewność, że głoszą jedyną prawdę, a religie zyskują wyznawców, wpływy i pieniądze. Tak oto sojusz tronu i ołtarza zostaje zastąpiony sojuszem ołtarza z rózgami liktorskimi, mieczykami Chrobrego, strzałokrzyżami czy ostatecznie z jedną tylko literą: „Ω” bądź „Z”. Nie ma dobrych nacjonalizmów, tak jak nie ma dobrych nacjonalistów.

Moloch nacjonalizmu nieustannie domaga się ofiar, krwi swojej i obcej. Przelewanie krwi urasta do rangi symbolu stwarzającego naród i szczególną więź między członkiem rzeczywistym narodu a wyobrażoną idealną wspólnotą. Narodowi potrzebna jest przemoc i krew. Jest to odwołanie do pierwotnych wspólnot krwi, tak samo wyobrażonych jak naród i tak samo jak on nieistniejących. Naród potrzebuje ofiar, a ofiarami są zarówno ofiary przemocy uznane za wrogów narodu, jak i ci, którzy tę przemoc zadają, naznaczeni krwią i przemocą.

Nie pierwszą i nie ostatnią ofiarą opętanych nacjonalizmem był Gabriel Narutowicz. Mało kto zrobił tyle co on dla uzyskania niepodległości i powołania do życia państwa polskiego. Narutowicz ma większe prawo do tytułu ojca założyciela republiki niż Dmowski, a na pewno nie mniejsze niż Piłsudski. Sam był pragmatykiem, demokratą, inżynierem. Nieoczekiwanie dla siebie został pierwszym prezydentem Polski. Wybrany został jednak nie głosami „najprawdziwszych” Polaków, a zaledwie zwykłych demokratów, obywateli Polski, którym tego obywatelstwa ci najprawdziwsi z prawdziwych odmawiali. Bo socjaliści, bo Żydzi, Niemcy, Ukraińcy, chłopi czyli pospólstwo. Albo po prostu lud.

Dziś jesteśmy w nieco dziwnej sytuacji. Rządzący chcieli powrotu do przeszłości, udając, że nie było tych stu lat ani w Polsce, ani w Europie, ani w całym ONZ-ecie. Znów wrogami są socjaliści, Żydzi i Niemcy. Eligiusz Niewiadomski przeżyłby małe déjà vu. Do listy wrogów „ojczyzny” doszli jeszcze Francuzi, Holendrzy i wszyscy ci Europejczycy i liberałowie różnej maści.

Zaprawdę prawdziwy Polak patriota musi mieć w sobie bardzo wiele nienawiści, żeby w końcu móc siebie odrobinę pokochać. On też zresztą jest ofiarą tych, którzy dla przyziemnych celów, własnych ambicji i pieniędzy tę nienawiść rozniecają, łącząc ją z polityką – po to, by grzać się w cieple swojego domowego ogniska i płonących stosów książek i ludzi.

Nie istnieje demokracja bez demokratów ani braterstwo bez sióstr i braci. Nie ma demokracji bez równości i sprawiedliwości. Nie ma wolności bez obowiązków. Jeśli jednak ludzi dobrej woli jest więcej, to nie mogą zachować bierności i milczenia. Demokracja nie potrzebuje ofiar, ale wymaga wspólnego działania.

Kraków, 17 grudnia 2022, skwer przy Collegium Novum

Ziobro, czyli Tartuffe

Posted in demokracja, edukacja, Kultura with tags , , , , , , on 16 grudnia, 2022 by aristoskr

Kto wie, czy nie mniej ważny niż sama sztuka Moliera jest wstęp do niej napisany przez Tadeusza Boya Żeleńskiego (1925). Boy nie kryje zachwytu nad Molierem, czuje się wręcz jego dłużnikiem. O swoich czasach pisze – i później mogło to się wydawać nie do końca zrozumiałe, a dziś budzić może zazdrość – że był to okres oświecenia i racjonalizmu w porównaniu do epoki, w której żył i tworzył Molier, epoki absolutyzmu mniej lub bardziej oświeconego, zwycięskiej kontrreformacji, ale i zalążków przyszłego oświecenia.

Boy postrzegał własną epokę – zapewne w porównaniu do czasów Moliera czy choćby młodopolskiego neoromantyzmu – jako okres modernizacji, emancypacji i pozytywizmu. I trudno odmówić mu słuszności. W odrodzonej Polsce dokonał się skok emancypacyjny kobiet, rozwój edukacji, nauki i techniki. Z feudalizmu próbowaliśmy dojść do współczesności. Efekty można oceniać różnie, ale nie sposób nie docenić starań, w tym starań samego Boya, lekarza z wykształcenia, wspierającego oświatę zdrowotną i medyczną, zaangażowanego w ruch na rzecz niekaralności aborcji, w propagowanie antykoncepcji i świadomego macierzyństwa. Cała jego akcja edytorska: Biblioteka Boya, to próba zakotwiczenia Polaków w oświeceniu, racjonalności i szacunku do nauki. I nie był przecież Boy w tych staraniach osamotniony.

„Oficjalni władcy ludzkich wierzeń i myśli posiadali w ręku wszystkie środki represji. Medycyna, prawoznawstwo, filozofia i najgroźniejsza z nich teologia podawały sobie ręce, gdy chodziło o poskromienie śmiałka, który się odważył podkopywać autorytet lub rutynę. «Ateuszem» jest, kto nie wierzy w puszczanie krwi, heretykiem, kto nie wierzy w Arystotelesa. A ogłosić wówczas kogoś ateuszem znaczyło niemal postawić go poza obrębem prawa, znaczyło poszczuć go jak psa” – pisał Boy o czasach Moliera we wstępie do „Świętoszka”.

Gdybym tego akapitu nie ubrał w cudzysłów i nie wskazał źródła, łatwo można by go odebrać niemal jak opis dnia dzisiejszego. Gdyby jeszcze zamiast puszczania krwi wstawić lekarską klauzulę sumienia, nie byłoby żadnych wątpliwości: rzecz dzieje się tu i teraz. To tak, jak w przedstawieniu w Teatrze STU, gdzie aktorzy noszą współczesne stroje i całkiem współczesny jest Świętoszek. Gdyby nie mówiono tam wierszem jak w „sztuce”, lecz „prozą” jak pan Jourdain, mielibyśmy obrazki nie z teatru, tylko z życia rodziny. Rodziny Radia Maryja, rzecz jasna. Tego nie mógł uwzględnić Boy w swoim przekładzie, bo tłumaczył Moliera przed wojną, tą pierwszą, i przed epoką radia z Torunia, a nawet przed epoką Radia Niepokalanów, „Małego Dziennika” i „Rycerza Niepokalanej”.

„W osobie Tartufa nie z jednym świętoszkiem mamy do czynienia, ale z całą kliką, z kliką czarno odzianych, słodko mówiących jegomościów, którzy stanowią wszyscy jedno wielkie bractwo, zawsze gotowe udzielić sobie pomocnej ręki. Mamy tu wszystkie szczeble: Tartufe, pan Zgoda i niewidzialny Wawrzyniec to szalbierze; pani Penelle i Orgon to członkowie tej samej kliki, tym niebezpieczniejsi, że wnoszą w nią przy swoim zaślepieniu uczciwość, i dobrą wiarę. Tej klice przeciwstawia Molier Elmirę, dzieci Orgona, rozsądną Dorynę i szlachetnego Klitandra: bezsprzecznie uczciwi ludzie, ale raczej wcielający świecką uczciwość niż przeciwstawiający rzetelną pobożność fałszywej”.

Wypisz, wymaluj przeciętna polska rodzina, słuchająca radia, a na pewno oglądająca telewizję. Niestety tę niekodowaną, naziemną, z opłaconym (lub nie) abonamentem RTV. Nawet jeśli ci ludzie nie mieliby okazji poznać Tartuffa osobiście, pewnie widzieliby go i słyszeli, że trwa(m) wiernie przy bogu i spełnia jedynie wolę nieba. Molier miał to szczęście, że trafił na władcę w jego okresie libertyńskim. Potem – czego komediopisarz już nie miał okazji zobaczyć – Król Słońce bardziej przypominał postać z Molierowskiej sztuki, a może nawet kilka postaci z wielu sztuk naraz.

„Czy Molier zdawał sobie sprawę ze swego współpracownictwa z najwyższymi duchami epoki, z dziełem Kartezjuszów i Pascalów? Może. Ale ten dyrektor teatru, jego główny aktor, dostawca repertuaru i aranżer dworskich uroczystości, dosyć miał swoich spraw na głowie. Stało się to poniekąd mimowiednie, mocą tego imperatywu zdrowego rozumu oraz wrodzonego instynktu swobody, jakie tkwiły w Molierze. Może tak samo byłby zdziwiony, dowiadując się o tym, jak tym, że w jego dziele tkwią już owe elementy, które w półtora wieku po nim wydadzą Rewolucję Francuską, jak to w nim odnaleźli jego komentatorzy”.

Dziś nie mamy tak źle, jak miała Francja Moliera, bo miała wtedy tylko jego. Dziś mamy i więcej teatrów, i więcej „Molierów”(toutes proportions gardées, jak powiedziałby zapewne Boy). Mamy też – o czym Molierowi się nawet nie śniło – „Molierki”, i czasem teatr nasz jest ogromny, a czasem zaledwie tylko dramatyczny.

Mamy też Marię Kurowską (PiS), która sama chyba się obsadziła w roli pani Pernelle, wiernej słuchaczki Tartuffe’a (i Radia Maryja). Maria Kurowska twierdzi (w debacie sejmowej), że każdy, kto podnosi rękę na katolicyzm, podnosi rękę na państwo. Na państwo w państwie, czyli państwo PiS? To akurat możliwe. I właśnie dla obrony tegoż państwa (PiS) Solidarna (a w zasadzie endecka) Polska przygotowała projekt zaostrzający przepisy kodeksu karnego, tak by chronić katolików przed prześladowaniami. Ateiści, ci bez sumienia i moralności, zauważyliby, że nikt tak nie prześladuje katolików jak kościelna hierarchia, ale to pogląd bezbożny i bezczelny. I antyklerykalny. Antyklerykalizm pokornym owieczkom nie przystoi.

Można by powiedzieć, że katolików prześladuje rząd Zjednoczonej Prawicy, ale w dalszym ciągu to katolicy (prawdziwi) prześladują innych katolików (nieprawdziwych?). Czy katolikom wolno prześladować innych katolików? Watykan już dawno stwierdził, że nie wolno, chyba że nieprawdziwi podają się za prawdziwych. Projekt „Solidarnej Polski” ma też oprócz „młota” na szyderców, ateistów, antyklerykałów (i czarownice) również „kowadło”: zapisy gwarantujące bezkarność wiernym spadkobiercom Testamentów (Starego i Nowego), gdyby przyszła im ochota na cytaty i być może na wcielanie ich w życie. I nikt, żadna tam Ikea czy Europejskie Trybunały, nie miałby prawa stanąć im na przeszkodzie.

I o to chyba chodzi. Prokuratura Generalna ministra Ziobry chciałaby robić egzaminy katolikom i karać tych, którzy się pod prawdziwych podszywają, i tych, którzy stoją z boku i patrzą (zapewne szyderczo). Przyjdzie na nich kryska, czyli pan (lub pani) Zgoda i przykładnie wymierzy im sprawiedliwość (ziobrową). O tempora, o mores, o Boyu, o Molierze!

PS 1 Wszystkie cytaty ze wstępu Boya do „Świętoszka” pochodzą z Wolnych Lektur na podstawie wydania z 1925 roku.

PS 2 „Tartuffe” w przekładzie Jerzego Radziwłłowicza, reż. Krzysztof Pluskota–Krakowski, Teatr Scena Stu, premiera wrzesień 2022.

PS 3 Do wyborów zostało niespełna jedenaście miesięcy.

PS 4 A konkordat należy wypowiedzieć

Powszechna deklaracja praw

Posted in demokracja with tags , , , on 4 grudnia, 2022 by aristoskr

Nawet jeśli to nie Amerykanie odkryli, że wszyscy ludzie są równi, to oni napisali to czarno na białym, a przynajmniej przyjęli słowa Thomasa Jeffersona za własne: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia. Że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych” (Deklaracja Niepodległości; tekst za Wikipedią).

Potem się okazało, że jednak nie wszyscy ludzie są równi, albo i nie wszyscy ludzie są ludźmi. Realizacja postulatu równości zabrała Ameryce prawie 200 lat, a nawet teraz mimo formalnej równości jest to kraj o największych nierównościach spośród krajów rozwiniętych.

Pojęcie obywatela, który ma swoje prawa (i obowiązki), zawdzięczamy rewolucji francuskiej. Nie udałoby się jednak tego osiągnąć bez formalnego (i, jak się okazało, fizycznego) odcięcia się od monarchii i feudalizmu. Obywatela Ludwika Kapeta potraktowano na równi z innymi obywatelami. Równość ta natomiast nie była zupełna, bo kobietom nie przyznano praw obywatelek, a jedynie równe prawa w obliczu gilotyny.

Do równości praw Francja (i Europa) musiały dojrzeć. Trzeba było obalić jeszcze niejednego cesarza, stoczono jeszcze wiele wojen, w tym jedną światową. A Europę i tak wyprzedziła Australia, przyznając kobietom prawa wyborcze w 1902 roku. Ale żeby nie było za słodko, tubylcza ludność, Aborygeni, uzyskała pełnię praw obywatelskich dopiero w 1965, czyli rok po formalnym zniesieniu segregacji rasowej w USA, a wiele lat przed upadkiem polityki apartheidu w RPA (1990).

Wracajmy do Europy. Jako pierwsze uzyskały prawa wyborcze Skandynawki – Dunki, Norweżki, Islandki, a także Finki, wciąż jako poddanki cara Wszechrusi, króla Polski, wielkiego księcia Finlandii, Mikołaja II Romanowa. Gdy rewolucja w 1917 roku zmiotła go z tronu, status obywateli i obywatelek przyznano mieszkańcom Rosji, przynajmniej na terenie opanowanym przez Czerwonych i ich armię. Polki doczekały się swoich praw niewiele później niż niepodległości; musieli upaść pozostali cesarze, zakończyła się krwawa wojna światowa.

Stany Zjednoczone próbowały gonić Europę (i Australię), wprowadzając 19. poprawkę do konstytucji, przyznającą Amerykankom w 1920 roku prawa wyborcze. Część praw ekonomicznych, np. prawo do posiadania i dysponowania własnym majątkiem, obywatelki USA uzyskały jednak dopiero w latach 60. XX wieku.

Francuzki musiały czekać na swoje prawa aż do 1944 roku. Po upadku rewolucji, po restauracji Burbonów oraz II i III republiki, dopiero IV republika była tak naprawdę demokratyczna. Koniec II wojny światowej oprócz opamiętania przyniósł, niejako przy okazji, Powszechną Deklarację Praw Człowieka i Obywatela – można by rzec, pośmiertne zwycięstwo jakobinów i pierwszej francuskiej feministki Olimpii de Gouges.

Był to dokument bez precedensu w historii człowieka, rewolucja na miarę Kodeksu Hammurabiego czy rzymskiego prawa cywilnego, tyle że dotycząca wszystkich bez względu na pochodzenie, płeć, kolor skóry i tzw. rasę. Uznawano w niej prawa wszystkich ludzi – choć tylko tak jak w nazwie, czyli deklaratywnie. Była to również deklaracja obaw przed siłą Związku Radzieckiego i upowszechnianiem idei socjalizmu, deklaracja strachu przed faszyzmem i wcale nie wykluczoną powtórką z tragicznej historii.
Deklarację przyjęto bez głosu sprzeciwu. Od głosowania wstrzymała się RPA, w której nie było nawet deklaratywnej równości praw. Wstrzymała się Arabia Saudyjska, w której prawa do dziś mają w zasadzie tylko mężczyźni. O ironio, od głosu wstrzymały się delegacje państw obozu socjalistycznego: ZSRR wraz z Ukrainą i Białorusią, Czechosłowacja, Polska i Jugosławia. Pretekstem był brak potępienia faszyzmu, a tak naprawdę chodziło o nacisk położony w Deklaracji na wolności polityczne.

W 1966 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło Pakty Praw Człowieka, składające się z Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych oraz Paktu Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych. Do Paktów nie przystąpiła Arabia Saudyjska, ale także Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie (są natomiast członkami FIFA). Pakty zostały podpisane, choć nie ratyfikowane przez Chiny i Kubę. Polska ratyfikowała oba dokumenty w 1977 roku, przystępując tym samym do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.

To ciekawe, że Polska PRL-owska ratyfikowała Pakty i zdecydowała się ich przestrzegać (choć z tym było już różnie, nie zawsze jednak gorzej niż w krajach Zachodu), a Polska demokratyczna nie jest w stanie ratyfikować Europejskiej Karty Praw Podstawowych. Po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE pozostajemy jedynym krajem, który tego nie zrobił. Była to wspólna decyzja premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego. Potem Donald Tusk trzy razy obiecywał ratyfikację Karty; czekam na czwarty raz. PiS jest w tej sprawie konsekwentne i chyba bardziej szczere, bo ratyfikacji Karty nie obiecuje, a wręcz uważa ją za źródło zła i grzechu.

Zaskakujące jest jedynie to, że 9 czerwca 2018 roku na PGE Narodowym w Warszawie odbyło się Forum Praw i Wolności, zorganizowane w związku z przypadającą wtedy 70. rocznicą przyjęcia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Przygotowały je Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, Konfederacja Inicjatyw Pozarządowych Rzeczypospolitej (KIPR) oraz Stowarzyszenie KoLiber, czyli organizacje, którym duch Deklaracji jest, delikatnie mówiąc, obcy. Co gorsze, była to jedyna impreza zorganizowana w tę rocznicę. Wiele wskazuje na to, że w Polsce rozumiemy Deklarację głównie po turecku.

10 grudnia jest obchodzony na niemal całym świecie jako Dzień Praw Człowieka. W tym roku darowałbym sobie obchody, tym bardziej gdyby miało je organizować Ordo Iuris. Wolę poczekać na Kartę Praw Podstawowych, równość społeczną i ekonomiczną, prawo do godziwego życia i godnej śmierci. Może dożyję. Czego i Wam życzę. Nie na Mikołaja, nie na Barbary, na Dzień Praw Człowieka.

Ruch odnowy, ruch od nowa.

Posted in demokracja, Kraków, polityka, Polska, samorząd with tags , , , , on 20 listopada, 2022 by aristoskr

Krakowskie media donoszą, że powstanie nowy twór pod nazwą Ruch Odnowy Samorządu Małopolskiego. Skojarzenie z Ruchem Odbudowy Polski jest moim prywatnym skojarzeniem, a jak wiedzą ci, którzy mnie znają, mnie się wszystko źle kojarzy. Nie sposób jednak odmówić trafności tezie, że samorząd – nie tylko małopolski – wymaga odnowy, a nawet (moim zdaniem) zbudowania od nowa.

Troska PiS-u o samorządy to łzy ronione przez krokodyla nad przygotowywaną przekąską. Niemniej trzeba przyznać, że dzięki PiS-owi wyraźnie obnażono wszystkie słabości i wady systemu samorządów lokalnych. Część z nich była wpisana już w początek reformy. Utworzenie w 1990 roku małych gmin nie miało żadnych racjonalnych podstaw. Powołano do życia prawie 2500 jednostek, w większości pozbawionych szansy uzyskania funduszy na realizację swoich zadań. Tego błędu nie poprawiła reforma samorządowa AWS, uznawana za najbardziej udaną. Niestety, udana była jedynie w porównaniu do pozostałych trzech reform.

Centralizacja władzy postępuje za PiS-u jeszcze szybciej niż za PO. Gdyby ktoś naprawdę troszczył się o samorządy (swoją drogą, samorząd to wszyscy mieszkańcy danego terytorium, stąd samorząd terytorialny), to starałby się o zwiększanie kontroli mieszkańców nad organami samorządowymi. Tymczasem związek mieszkańców z radnymi przypomina stosunek przerywany. Odbywa się tylko raz na cztery lata. A teraz, dzięki PiS-owi, raz na pięć.

Ordynacja większościowa (okręgi jednomandatowe) powinna dotyczyć tylko najmniejszych gmin, liczących maksymalnie do dziesięciu tysięcy mieszkańców. Należałoby zastanowić się nad okręgami wyborczymi nie mniejszymi niż na przykład dziesięciomandatowe, co przy wprowadzeniu bardziej proporcjonalnego sposobu dzielenia mandatów niż metoda D’Hondta dałoby lepszą reprezentatywność wyborów – lub w ogóle jakąkolwiek reprezentatywność. W Krakowie 15% głosów przynosi w wyborach samorządowych… okrągłe zero mandatów. Gdyby taki wynik osiągnęły dwa komitety wyborcze, to 30% głosujących zostałoby bez swoich przedstawicieli. W większości gmin w Polsce rady składają się z reprezentantów dwóch lub trzech grup politycznych. Przy frekwencji, która tylko raz: w 2018 roku, przekroczyła 50%, a wcześniej ledwo przekraczała 40%, i to w pierwszej turze, bo w drugiej nigdy (poza 2018 rokiem) do tego poziomu nie dobijała, większość mieszkańców, nie tylko z własnej woli, pozostaje bez samorządowej reprezentacji.

Bezpośredni wybór wójtów, burmistrzów i prezydentów powoduje skupienie władzy w rękach jednoosobowych organów, dodatkowo zmniejszając kontrolę radnych nad organami gmin. Sprzyja to powstawianiu dworów i koterii, a przez to jeszcze bardziej oddala mieszkańców od organów samorządu, które już całkiem stają się lokalnymi organami władzy. Powstały udzielne księstwa wielkomiejskie. Na drugim biegunie są gminy wiejskie, które większość dochodów osiągają z dotacji lub subwencji i nie są w stanie pełnić funkcji, do których jakoby zostały powołane. Ciekawe, że na poziomie powiatów i województw zarządy są wybierane przez radnych. Nic nie słychać o paraliżu tych jednostek. Funkcjonują, realizują swoje zadania. Owszem, czasem zmieniają się koalicje i zarządy. Skoro im się udaje, na pewno udałoby się to i gminom, małym i dużym.

W dłuższej perspektywie, którą w Polsce niemal nikt się nie interesuje, bezpośrednie wybory prezydentów, wójtów i burmistrzów szkodzą demokracji i samorządności, a sprzyjają rozwojowi klientelizmu i likwidują niemal w całości możliwość kontroli najważniejszych organów gminy przez obywateli. Jedynym efektywnym narzędziem kontrolnym staje się referendum gminne, będące przecież ostatecznym rozstrzygnięciem.

Nasze gminy w większości nie są w stanie realizować powierzonych im zadań ani prowadzić polityk sektorowych. Ich łączenie z kolei wydaje się mało prawdopodobne. W tej sytuacji celowe byłoby przeniesienie większości zadań planistycznych i zarządczych na poziom powiatów, tak by gminom pozostawić kompetencje na poziomie jednostek pomocniczych większych miast z wprowadzonym obowiązkiem zarządzania partycypacyjnego pozostawionymi zadaniami. To powiaty powinny przejąć realizację zarządzania całością usług publicznych. Powiaty miałaby szansę prowadzić lokalną politykę gospodarczą, wspierając miejscowe przedsiębiorstwa.

Władze zarówno centralne, jak i wojewódzkie musiałyby zrezygnować z bezpośredniego ingerowania w realizację zadań własnych powiatu, a także z ustalania wysokości podatków i opłat lokalnych. Minister finansów powinien przestać wyznaczać wysokość podatków od nieruchomości czy opłat za parkowanie. Władze centralne musiałby też realnie wyceniać wartość zadań powierzonych (np. edukacji) i waloryzować ich koszt, skupiając się nie tylko na kosztach płacowych.

Samorządy musiałyby otrzymać wzmocnione i wyłączne kompetencje planistyczne. PiS obiecywało zlikwidowanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. Zamiast tego proponuje ograniczenie ich ważności w czasie (do 3 lat) i związanie ich z planem ogólnym. Czy zdąży te zmiany wprowadzić, nie wiadomo. Nie wygląda też, by była to dla niego sprawa najważniejsza. Uchwalone do tej pory plany miejscowe umożliwiają budowę ponad 80 milionów mieszkań, a następne plany są uchwalane. Może już wystarczy? Zresztą większość developerów i tak buduje na podstawie WZiZT, czyli jak im się podoba.

Problemy samorządów narastają również dlatego, że państwo, tj. władze centralne, nie realizuje swoich konstytucyjnych zadań. Ochrona środowiska, polityka mieszkaniowa, ochrona zdrowia to nie są zadania samorządu. Samorządy są jednak zmuszone podejmować działania w tych zakresach, bo są to zadania niezmiernie istotne. W ten sposób obywatele mają ogarek, a rząd dalej trzyma świecę w twardym uścisku. Wszelkie inne majstrowanie przy samorządach służy wyłącznie przejęciu w nich pełni władzy. One same traktowane są jako łup polityczny. Tak było przed wyborami w roku 2018, tak próbuje się robić teraz.

Tak na marginesie dyskusji: wszystkie decyzje dotyczące kształtu samorządu w Polsce (i nie tylko te) zdawały się pomijać analizę funkcjonalną. Takie analizy robione przed reformą, a w zasadzie kompletną reorganizacją samorządów lokalnych, wskazywały, że województw nie powinno być w Polsce więcej niż od ośmiu do dziesięciu.

Widać, że w kwestii samorządu wiele spraw wymaga zmiany, o ile nie rewolucji. Czy krakowska inicjatywa ma tak ambitne cele? Sądząc ze składu organizatorów, jest raczej próbą odtworzenia w nowych szatach politycznej bazy Jacka Majchrowskiego. Możliwe, że chodzi o budowanie prezydenckiego zaplecza bez prezydenta albo z jego następcą. Wygląda na to, że główna rola przypaść ma ugrupowaniu Szymona Hołowni i jego lokalnemu liderowi Rafałowi Komarewiczowi. Obecność PSL obok niego jest oczywista, skoro wykluczyli wspólny start razem z PO. Obecność posła Rasia i jego grupki nie dziwi tak bardzo jak obecność, ukrywającego się pod szyldem Fundacji na rzecz Demokracji Socjalnej, współprzewodniczącego Małopolskiej Nowej Lewicy Ryszarda Śmiałka. Nie wiadomo, czy razem z lewicą czy raczej bez. Trudno sobie bowiem wyobrazić, by w tej dosyć utylitarnej formacji uczestniczyła Partia Razem. Do kompletu brakuje chyba tylko Jarosława Gowina, ale niech żywi nie tracą nadziei.

Ostatnio Przyjazny Kraków bywa częściej przyjazny koalicji rządowej niż opozycji. Czy jest przyjazny mieszkańcom, to ocenią mieszkańcy, gdy przyjdzie czas wyborów.

Być może nieoczekiwanym efektem założenia nowej Silnej Grupy pod Wezwaniem (Jacka Majchrowskiego lub nie), będzie zainicjowanie nieco poważniejszej refleksji nad stanem samorządu. Bo takiej refleksji i prawdziwej odnowy samorządność w Polsce niezmiernie potrzebuje.

A wypowiedzenie konkordatu bardzo się przyda

Nie ma demokracji bez socjaldemokracji

Posted in demokracja, historia, Kraków, lewica, polityka, Polska with tags , , , , , , , , on 6 listopada, 2022 by aristoskr

Zwykle przy tej okazji przypominam zapomniane lub wyparte ze społecznej świadomości okoliczności odzyskania niepodległości w 1918 roku. Czyli komu zawdzięczamy tę niepodległość bo nie była to wyłącznie zasługa tych, którzy uważali się za Polaków. Zawdzięczamy ją w dużym stopniu komunistom i socjalistom.

Komunistom rosyjskim, bo bez zwycięstwa bolszewików, bez wojny domowej w Rosji nie mogłaby powstać Polska. Demokratyczna Biała Rosja po rewolucji lutowej oferowała Polakom autonomię. Bez komunistów niemieckich , bez rewolucji w Berlinie i Bawarii, choć nie udanych, Powstanie Wielkopolskie na mogłoby podzielić losy pierwszych Powstań Śląskich.

Bez polskich socjalistów i komunistów nie udałoby rozbroić i niedobitków armii zaborczych ustanowić administracji polskiej nie tylko na terenie Górnego i Cieszyńskiego Śląska, Małopolski ale też w miastach i miasteczkach Kongresówki.

Zgoda polityków, naszych i obcych była wymuszona strachem. To strach przez czerwoną falą spowodował wypuszczenie Piłsudskiego z niemieckiego więzienia. To strach przygnał do niego członków Rady Regencyjnej, dobrze wiedzących, że podróż socjalistycznym tramwajem była dla niego tylko krótką przejażdżką.

Piłsudski zresztą wsiadł do czerwonego tramwaju tylko dlatego, że żadnych innych nie było. Jedyną grupą polityczną, czynnie działającą na rzecz wyzwolenia Polaków byli socjaliści. Byli tak bardzo zdeterminowani, że specjalnie dla nich Marks zrobił wyjątek ze swojego internacjonalizmu, uznając Polaków za naród rewolucyjny i nieodzowny dla przyszłej Europy. Być może nie tylko w tej sprawie Marks się pomylił, choć wtedy w roku 18, wydawać się jeszcze mogło , że miał rację. Dopiero wiele lat później część Polaków postanowiła zaprzeczyć tej tezie.

Wolną Polskę zawdzięczamy więc lewicy zagranicznej i polskiej. Na polityczne deklaracje zawarte w małej konstytucji i konstytucji marcowej duży wpływ mieli socjaliści zwłaszcza z PPSD Galicji i Śląska a także z pozostałych zaborów. Strach przed czerwonymi Radami Delegatów Robotniczych, przed widmem rewolucji które błąkało się po Europie sprawił, że postulaty socjaldemokratyczne trafiły dokumentów ustanawiających wolną Polskę.

Prawa wyborcze kobiety, nie tylko socjalistki, wywalczyły sobie same. Był największy zryw kobiet w historii Polski. W dodatku nie w obronie czegoś a w walce o coś. O równe prawa, przynajmniej o prawa wyborcze. Jakikolwiek potem zrobiły z nich użytek.

Tyle na początku. Potem tradycyjnie było coraz gorzej. Kryzys ekonomiczny i polityczny zamach stanu byłych legionistów. Setki zabitych. Bereza i proces brzeski. Przejęcie przez sanację narodowej czy wręcz nacjonalistycznej retoryki endeków wyznaczyło koniec II RP. Znowu przyjęliśmy wariant węgierski. Nie po raz pierwszy i jak się okazuje nie po raz ostatni. Nic więc dziwnego, że dzisiejsza władza z sentymentem patrzy na Sanacyjną Rzeczypospolitą, choć żadnej naprawy ta sanacja nie dokonała.

Marcin Piątkowski w swojej historii gospodarczej Polski (Europejski lider wzrostu) ocenia, że z taką klasą polityczną i w takich uwarunkowaniach geopolitycznych, II Rzeczypospolita nie miała szans na modernizację. Za dużo w niej było feudalizmu. Być może można było dokonać więcej, ale wymagałoby to posiadania przez Sanatorów nieco szerszych horyzontów.

Ustanowienie przez Sanację na cześć Piłsudskiego, oraz własną, 11 listopada jako święta Państwowego było jedną z ostatnich desek ratowania wizerunku. Teraz ten 11 listopada staje się bardziej narodowy niż państwo i wpada w coraz bardziej brunatne odcienie. Dlatego powinniśmy pamiętać i przypominać, że Polska zaczęła się wcześniej, już w październiku 1918 roku. A pierwszy rząd Polski stworzyła lewica.

Tym bardziej teraz gdy są nadzieje, że brunatne chmury uda się usunąć znad Sejmu i znów Lewica będzie musiała przywracać wolność równość, braterstwo i siostrzaństwo. I wcale nie musi być teraz łatwiej niż w roku 1918, bo horyzonty klasy politycznej nie są szersze niż wtedy. I wiele grup jest gotowe bronić swoich uprzywilejowanych pozycji, bez względu na społeczne koszty reszty współobywateli.

Obowiązek ruszania z posad bryły świata , by zmienić go na bardziej sprawiedliwy cały czas spoczywa na lewicy.

%d blogerów lubi to: