Archiwum dla Europa

Powszechna deklaracja praw

Posted in demokracja with tags , , , on 4 grudnia, 2022 by aristoskr

Nawet jeśli to nie Amerykanie odkryli, że wszyscy ludzie są równi, to oni napisali to czarno na białym, a przynajmniej przyjęli słowa Thomasa Jeffersona za własne: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia. Że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych” (Deklaracja Niepodległości; tekst za Wikipedią).

Potem się okazało, że jednak nie wszyscy ludzie są równi, albo i nie wszyscy ludzie są ludźmi. Realizacja postulatu równości zabrała Ameryce prawie 200 lat, a nawet teraz mimo formalnej równości jest to kraj o największych nierównościach spośród krajów rozwiniętych.

Pojęcie obywatela, który ma swoje prawa (i obowiązki), zawdzięczamy rewolucji francuskiej. Nie udałoby się jednak tego osiągnąć bez formalnego (i, jak się okazało, fizycznego) odcięcia się od monarchii i feudalizmu. Obywatela Ludwika Kapeta potraktowano na równi z innymi obywatelami. Równość ta natomiast nie była zupełna, bo kobietom nie przyznano praw obywatelek, a jedynie równe prawa w obliczu gilotyny.

Do równości praw Francja (i Europa) musiały dojrzeć. Trzeba było obalić jeszcze niejednego cesarza, stoczono jeszcze wiele wojen, w tym jedną światową. A Europę i tak wyprzedziła Australia, przyznając kobietom prawa wyborcze w 1902 roku. Ale żeby nie było za słodko, tubylcza ludność, Aborygeni, uzyskała pełnię praw obywatelskich dopiero w 1965, czyli rok po formalnym zniesieniu segregacji rasowej w USA, a wiele lat przed upadkiem polityki apartheidu w RPA (1990).

Wracajmy do Europy. Jako pierwsze uzyskały prawa wyborcze Skandynawki – Dunki, Norweżki, Islandki, a także Finki, wciąż jako poddanki cara Wszechrusi, króla Polski, wielkiego księcia Finlandii, Mikołaja II Romanowa. Gdy rewolucja w 1917 roku zmiotła go z tronu, status obywateli i obywatelek przyznano mieszkańcom Rosji, przynajmniej na terenie opanowanym przez Czerwonych i ich armię. Polki doczekały się swoich praw niewiele później niż niepodległości; musieli upaść pozostali cesarze, zakończyła się krwawa wojna światowa.

Stany Zjednoczone próbowały gonić Europę (i Australię), wprowadzając 19. poprawkę do konstytucji, przyznającą Amerykankom w 1920 roku prawa wyborcze. Część praw ekonomicznych, np. prawo do posiadania i dysponowania własnym majątkiem, obywatelki USA uzyskały jednak dopiero w latach 60. XX wieku.

Francuzki musiały czekać na swoje prawa aż do 1944 roku. Po upadku rewolucji, po restauracji Burbonów oraz II i III republiki, dopiero IV republika była tak naprawdę demokratyczna. Koniec II wojny światowej oprócz opamiętania przyniósł, niejako przy okazji, Powszechną Deklarację Praw Człowieka i Obywatela – można by rzec, pośmiertne zwycięstwo jakobinów i pierwszej francuskiej feministki Olimpii de Gouges.

Był to dokument bez precedensu w historii człowieka, rewolucja na miarę Kodeksu Hammurabiego czy rzymskiego prawa cywilnego, tyle że dotycząca wszystkich bez względu na pochodzenie, płeć, kolor skóry i tzw. rasę. Uznawano w niej prawa wszystkich ludzi – choć tylko tak jak w nazwie, czyli deklaratywnie. Była to również deklaracja obaw przed siłą Związku Radzieckiego i upowszechnianiem idei socjalizmu, deklaracja strachu przed faszyzmem i wcale nie wykluczoną powtórką z tragicznej historii.
Deklarację przyjęto bez głosu sprzeciwu. Od głosowania wstrzymała się RPA, w której nie było nawet deklaratywnej równości praw. Wstrzymała się Arabia Saudyjska, w której prawa do dziś mają w zasadzie tylko mężczyźni. O ironio, od głosu wstrzymały się delegacje państw obozu socjalistycznego: ZSRR wraz z Ukrainą i Białorusią, Czechosłowacja, Polska i Jugosławia. Pretekstem był brak potępienia faszyzmu, a tak naprawdę chodziło o nacisk położony w Deklaracji na wolności polityczne.

W 1966 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło Pakty Praw Człowieka, składające się z Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych oraz Paktu Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych. Do Paktów nie przystąpiła Arabia Saudyjska, ale także Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie (są natomiast członkami FIFA). Pakty zostały podpisane, choć nie ratyfikowane przez Chiny i Kubę. Polska ratyfikowała oba dokumenty w 1977 roku, przystępując tym samym do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.

To ciekawe, że Polska PRL-owska ratyfikowała Pakty i zdecydowała się ich przestrzegać (choć z tym było już różnie, nie zawsze jednak gorzej niż w krajach Zachodu), a Polska demokratyczna nie jest w stanie ratyfikować Europejskiej Karty Praw Podstawowych. Po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE pozostajemy jedynym krajem, który tego nie zrobił. Była to wspólna decyzja premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego. Potem Donald Tusk trzy razy obiecywał ratyfikację Karty; czekam na czwarty raz. PiS jest w tej sprawie konsekwentne i chyba bardziej szczere, bo ratyfikacji Karty nie obiecuje, a wręcz uważa ją za źródło zła i grzechu.

Zaskakujące jest jedynie to, że 9 czerwca 2018 roku na PGE Narodowym w Warszawie odbyło się Forum Praw i Wolności, zorganizowane w związku z przypadającą wtedy 70. rocznicą przyjęcia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Przygotowały je Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, Konfederacja Inicjatyw Pozarządowych Rzeczypospolitej (KIPR) oraz Stowarzyszenie KoLiber, czyli organizacje, którym duch Deklaracji jest, delikatnie mówiąc, obcy. Co gorsze, była to jedyna impreza zorganizowana w tę rocznicę. Wiele wskazuje na to, że w Polsce rozumiemy Deklarację głównie po turecku.

10 grudnia jest obchodzony na niemal całym świecie jako Dzień Praw Człowieka. W tym roku darowałbym sobie obchody, tym bardziej gdyby miało je organizować Ordo Iuris. Wolę poczekać na Kartę Praw Podstawowych, równość społeczną i ekonomiczną, prawo do godziwego życia i godnej śmierci. Może dożyję. Czego i Wam życzę. Nie na Mikołaja, nie na Barbary, na Dzień Praw Człowieka.

Czarny tydzień

Posted in gospodarka, Kultura, polityka with tags , , , , , , , , , on 26 listopada, 2022 by aristoskr

Tydzień wyprzedaży, okazji, szans i spełniania marzeń. Ciekawe, czemu czarny. Że czarny sen sklepów? W USA okres przedświąteczny generuje zwykle prawie 1/5 rocznej sprzedaży i powoduje, że sklepy wykazują zyski… Być może okazyjne wyprzedaże są szansą, ale raczej dla sprzedających niż kupujących. Być może też dlatego, że w ciągu roku ludzie kupują zwykle to, czego potrzebują, a w okresie przedświątecznym również to, co jest w promocji.

Właśnie z myślą o prawdziwych i tych bardziej czarnych wyprzedażach Komisja Europejska przygotowała specjalną dyrektywę Omnibus, która weszła w życie 28 maja 2022 roku. Dyrektywa ma wzmocnić ochronę konsumentów przed nieuczciwymi praktykami handlowymi, szczególnie w takich okresach jak Czarny Tydzień, by nie był czarny dla kupujących, by nie było fałszywych przecen, kiedy ceny towarów na półkach najpierw nieoczekiwanie rosną, a w czasie promocji spadają – niekoniecznie do poziomu sprzed krótkotrwałej podwyżki.

Jak pewnie się domyślacie, szanowni czytelnicy, u nas to jeszcze nie działa. Projekt ustawy wprowadzającej zapisy dyrektywy do polskiego systemu prawnego jest w trakcie intensywnych konsultacji międzyresortowych. Jest minimalna szansa, że przyszłoroczny Black Weekend będzie nieco mniej czarny. No, chyba że prezydent zawetuje nowelizację kodeksu karnego przybliżającą nas znacznie do irańskich rozwiązań i w konsekwencji minister Ziobro obrazi się na cały świat i odmówi wszelkich konsultacji.

Black Friday zawsze kojarzy mi się z filmem „Lucky Man” Lindsaya Andersona. W tytułowego szczęściarza, angielskiego komiwojażera, wcielił się Malcom McDowell a muzykę napisał Alan Price, współtwórca kultowego ( dla mnie) zespołu The Animals. Jedna z piosenek ilustrujących komiwojażerskie przygody nosi tytuł „Sell, sell, sell” („sprzedawaj”) – idealna na Black Week.

To drugi w trylogii Lindseya Andersona film z Malcolmem. Pierwszym był „If” („Jeżeli”). Ten też polecam, bo mam wrażenie, że na brytyjskiej szkole uwiecznionej przez Andersona wzorowali się nasi ministrowie edukacji. Być może nie dotrwali do finału filmu – albo nie dali wiary reżyserowi. Finałem trylogii był „Brytania Hospital” („Szpital Brytania”), który opisywał Brytanię za rządów Margaret Thatcher . Jeśli ktoś dopatrzy się podobieństw do dzisiejszej Polski, może mieć rację. Ciekawych uprzedzam, że nie ma takiego filmu (hasła) w polskiej Wikipedii. Ale to już temat na inną opowieść.

Wracajmy do kupowania – do legend o wzroście PKB. Jak wiadomo, najbardziej szkodliwy dla PKB jest pieszy w solidnych butach, który szerokim łukiem obchodzi wyprzedaże. Nie generuje PKB. Z drugiej strony możliwość „niekupowania” (nie tylko w Black Week) to przywilej i luksus, oznacza bowiem, że kupuje się, kiedy się zechce. Takiego luksusu nie mają ci, którzy kupują, kiedy muszą i kiedy mają za co. Wiedział o tym Lindsay Anderson. Pamiętajmy o tym we wszystkie szare i czarne tygodnie. I w te kolorowe.

Witajcie w tunelu.

Posted in gospodarka, polityka, Polska, Prezydent with tags , , , , , , , on 14 listopada, 2022 by aristoskr

Otwarto uroczyście tunel pod Luboniem. Do Zakopanego można teraz dojechać odrobinę szybciej, choć nadal nie do końca wiadomo po co. Pewnie po miłość. Albo po misia.

Tunel otwarto w Święto Niepodległości, upamiętniające słynny wspólny wieczorek przy koniaku Rady Regencyjnej i przyszłego Naczelnika Państwa, Marszałka i Sanatora Rzeczypospolitej, Józefa Piłsudskiego. Byłoby logiczne, gdyby ów odcinek drogi dostał imię po Marszałku (lub chociaż po Radzie Regencyjnej) albo gdyby przynajmniej nazwano go Tunelem Niepodległości. Byłoby to może cokolwiek wieloznaczne, ale jak najbardziej symboliczne. Nasza niepodległość wjechała bowiem do tunelu, a pierwsze światełko będzie można zobaczyć najwcześniej późną jesienią przyszłego roku. Ostatecznie tunel otrzymał za patronów Marię i Lecha Kaczyńskich, których związek z tym miejscem trudno określić – tym bardziej, że decyzja o budowie to raczej wina (rządu) Tuska, a ponad połowa pieniędzy na tunel to fundusze z Niemiec, pardon, z Unii Europejskiej.

To kolejny już, dwieście dziesiąty – jak obliczyła „Gazeta Wyborcza” – obiekt nazwany imieniem (i nazwiskiem) pary Kaczyńskich. Największym takim obiektem jest Via Carpatia, droga ekspresowa mająca docelowo połączyć litewską Kłajpedę z Salonikami w Grecji i z rumuńską Konstancą. Nie jestem pewien, czy owo zaszczytne imię ma nosić cała trasa czy jedynie jej polskie odcinki, bo na razie są tylko odcinki. Gdyby polskie imię nadano całości, byłoby to symboliczne zamierzenie na miarę Słońca Karpat. Ups, przepraszam, ale mnie się wszystko chyba dziwnie kojarzy.

Dziwne, że najsłynniejszą inwestycję (choć trochę mniejszą niż tunel): Najsłynniejszy Przekop, pozbawiono prawa do noszenia imienia. Może niektórym przekop albo – przepraszam za wyrażenie – kanał źle się kojarzy? A tunel brzmi dumnie. Chyba. No i prezydent Duda, następca Prezydenta, będzie mógł nieco szybciej dotrzeć na narty i tym razem oponka mu nie pęknie. Oczywiście oponka w służbowej pancernej limuzynie. I pięknie. Żeby jeszcze śnieg raczył spaść. Bo inaczej zostanie zjazd na igelicie spod Wielkiej Krokwi.

Jak uprzejmie doniosła „Gazeta Wyborcza”, przez chwilę rozważano jako patrona tunelu pisarza Jalu Kurka. Urodził się nieopodal, a powieść „Grypa szaleje w Naprawie” poświęcił właśnie swojemu rodzinnemu regionowi. Niestety, jego słynne dzieło, które bardzo realistycznie ukazuje głęboką nędzę i zacofanie przedwojennego Podhala, dzisiaj przyjmowane jest w regionie z irytacją. Co prawda, po nędzy zostały już tylko wspomnienia, ale co do zacofania… zdania są podzielone. Nie przebił się też generał Maczek, choć jako dowódca 10 Brygady Kawalerii Pancernej we wrześniu 1939 akurat przez te tereny się przebijał. Potem został dowódcą 1 Dywizji Pancernej, którą po wielu bitwach doprowadził aż do Wilhelmshaven. Wszystko to opisał w swojej książce gen. Franciszek Skibiński, szef sztabu 10 Brygady, następnie dowódca jednej z brygad 1 Dywizji, a po wojnie wykładowca Akademii Sztabu Generalnego.

Na placu boju o tunel pozostało więc tylko Małżeństwo Prezydentostwo Kaczyńscy. Na wszelki wypadek w czasie uroczystości otwarcia unikano podania informacji o dofinansowaniu inwestycji z funduszy europejskich. To ryzykowna zagrywka, bo taki obowiązek ciąży nawet na mikroprojektach, które otrzymały choćby najmniejsze dofinansowanie. Przedstawiciel UE (czyżby samozwańczy?) nie został dopuszczony do głosu. Pewnie chciał wrzucić swoje trzy eurocenty albo, co gorsza, coś zabrać.

A przecież nasz patriotyczny rząd nic sobie zabrać nie da, choć z powodu kar za niewykonywanie wyroków TSUE oraz przez wstrzymanie płatności z Funduszu Odbudowy i nowego budżetu UE niedługo staniemy się w Unii płatnikiem netto. W ten sposób dołączymy do takich unijnych potęg jak Francja, Niemcy, Niderlandy, Szwecja czy Luksemburg. Przynajmniej na chwilę. I o take chwile rządowi chodziło. Tak sądzę.

Perspektywa

Posted in polityka with tags , , , , , , on 8 sierpnia, 2022 by aristoskr

Wspieramy samorządy w realizacji marzeń mieszkańców. Piękna perspektywa. Zawarta w całokolumnowej reklamie, jaką w piątkowym wydaniu „Dziennika Polskiego” (5.08.2022) zamieścił wojewoda małopolski – niech imię jego zapadnie wam w pamięć – Łukasz Kmita.

To piękna ilustracja tematu przewodniego mojego tekstu o perspektywie (perspektywach?). Kiedyś perspektywa nie była ważna. Znali ją tylko budowniczowie, architekci i malarze (niektórzy). Większość ludzi obywała się bez perspektyw(y) i bez nadziei. Kiedyś ludzie żyli krócej, więc ich horyzonty były bliżej. Teraz sięgamy po horyzont zdarzeń, ale nasze horyzonty wyglądają, jakby nic się nie zmieniło. Większość ludzi jest zbyt zaharowana, by mieć czas na patrzenie po horyzont, a tym bardziej na myślenie, co za nim. Część mniej haruje, ale bywa skupiona na sobie, albo więcej haruje, lepiej zarabia i jest skupiona na sobie jeszcze bardziej.

Patrzenie za horyzont zostawiliśmy ekspertom i politykom, tyle że jedni są omylni, choć starają jak najlepiej, a drudzy, nawet jeśli są uczciwi, to nie zawsze znajdują posłuch. Na ten przykład eksperci UE opracowali listę dwunastu substancji, które od pewnego już czasu zdominowały publiczną dyskusję o niedoborach surowców. Znalazły się na niej m.in. lit, kobalt i metale ziem rzadkich, ale także tytan, grafit oraz bardziej egzotyczne materiały, takie jak skand i wanad („Gazeta Wyborcza” za „Die Welt”). Z kolei według raportu Food & Fertilizer Export Restrictions Tracker opracowanego przez Międzynarodowy Instytut Badawczy Polityki Żywnościowej, dwadzieścia krajów na świecie zakazuje obecnie eksportu 30 produktów spożywczych, a kolejne sześć nałożyło poważne ograniczenia na eksport. Skutki są najbardziej odczuwalne w biedniejszych krajach Afryki i Bliskiego Wschodu, zazwyczaj uzależnionych od importu żywności (Forsal). Do tego należy dodać coraz bardziej powszechne i dokuczliwe problemy z brakiem wody.

Przyjęło się uważać, że dobrzy politycy potrafią dojrzeć koniec pierwszej kadencji, a mężowie stanu nawet koniec drugiej. Tyle że o dobrych polityków coraz trudniej, a mężów (i żon) stanu to nawet nie tyle, co na lekarstwo. Klasycznym przykładem jest polityka klimatyczna: zawarto kilka porozumień, ogłoszono wiele planów po to, by katastrofa klimatyczna była bliżej niż przed pierwszą diagnozą.

To na świecie. W naszej chacie z kraja nawet nie ma polityk, których można by nie realizować. W mediach zaczęły się znowu pojawiać materiały o braku wody w naszej największej rzece Wiśle. Już w zeszłym roku informowano o tym, że miejscami wysycha Noteć. W tym roku doszły problemy z wodą w Sanie, a Wisła w Warszawie sięga po kolana. Mało kto pamięta, że nasze zasoby wodne są na poziomie Egiptu. A Egipt dostaje wodę niejako zza granicy, ze źródeł i dopływów Nilu. My nie mamy Nilu. I niedługo nie będziemy mieli też swoich rzek. Ale przecież to nic nowego: deficyt wody w Polsce grozi nam co roku od lat. Im mniej śnieżne są zimy, tym większy niedobór wody latem.

Poprzednie rządy nie zajmowały się tym problemem. Co więcej, planowano rozwój hydroenergetyki, brakowało tylko hasła „Turbina w każdym strumieniu” (albo pięć). Potem PiS zaprezentowało program rozwoju transportu rzecznego. Trudno o bardziej absurdalną i anachroniczną koncepcję. W fantastycznych konceptach pociągi mogą rozwijać torowisko przed sobą i zwijać za sobą. Z rzekami pewnie byłoby trudniej.

Jeśli coś możemy uznać za polską specjalizację w III RP (a tym bardziej w IV lub „trzeciej i pół”), to uporczywy brak perspektywy. Trochę do rymu, lecz zupełnie nie do śmiechu. Tylko Unia zmusza nas, jako państwo, do szukania perspektyw poprzez swoje finansowe perspektywy i kolejne programy. Siłą euro lub ich braku. Owszem, PiS ogłaszało różne programy, których wspólną cechą było to, że były nierealne już w momencie ich ogłaszania lub nawet wcześniej. Trudno więc mówić, że miały jakieś perspektywy, skoro braki były nawet w założeniach.

Trzeba będzie czekać na kolejne rządy, aż jakieś perspektywy zobaczą – nie tylko dla siebie, ale i dla nas, obywateli zwykłych i przeciętnych. I trzeba jeszcze pamiętać, co mówił John Maynard Keynes: „W dłuższej perspektywie czasu wszyscy i tak będziemy martwi”. Nie wolno więc poświęcać dnia dzisiejszego nawet najlepszej perspektywie.

Miłych wakacji tym, którzy mają wakacje i perspektywy. Pozostałym przynajmniej perspektyw życzę.

Taksonomia europejska i niemiecki węgiel

Posted in ekologia, gospodarka with tags , , , , , on 9 lipca, 2022 by aristoskr

Parlament Europejski nie odrzucił stanowiska Komisji Europejskiej w sprawie taksonomii energetycznej. Komisja Europejska proponuje, by możliwość finansowania ze środków europejskich miały inwestycje energetyczne, które oprócz źródeł energii tradycyjnie uznawanych za „zielone” wykorzystują również gaz ziemny i paliwa jądrowe.

To oczywiście kompromis, ale wcale nie zgniły. Uwzględnia się tu niemiecką, choć nie tylko, fobię atomową oraz realizm wymagający zapewnienia dostaw energii elektrycznej, i to nie tylko obywatelom Unii. Unia w tej sprawie wydaje się trwale podzielona, a podział nie obejmuje wyłącznie Francji i Niemiec. Podzieliła się (w głosowaniu) polska delegacja: większość była przeciw odrzuceniu propozycji Komisji Europejskiej, ale znalazła się grupa posłów wstrzymujących się od głosu (i w efekcie popierających KE) oraz dwa polskie głosy przeciw taksonomii. Wyglądało to tak, jakby byli posłowie Wiosny domagali się szybszego nadejścia Wiecznej Spiekoty. W rewanżu chyba należałoby wyłączyć im klimatyzatory.

Ostatecznie jest wysoce prawdopodobne, że kompromis się utrzyma. Gaz nie został uznany za „zielony”, lecz dalej będzie błękitny. Unia wyjątkowo zezwoli na finansowanie inwestycji w instalacje gazowe, ale tylko jeśli będą to projekty zakładające kogenerację, czyli wytwarzanie oprócz energii elektrycznej również energii cieplnej (oraz spełniające liczne dodatkowe warunki). Wyjątek nie dotyczy też instalacji indywidualnego ogrzewania opartych na spalaniu gazu. To uniemożliwi – między innymi Polsce – finansowanie ze środków unijnych programów wspierających zastępowanie indywidualnych kotłowni węglowych kotłowniami spalającymi gaz. W ofercie zostaną panele słoneczne i pompy ciepła oraz – jeśli rząd skoryguje ustawę – gdzieniegdzie jakiś wiatrak. Swoją drogą, nie jestem zwolennikiem dopłacania z publicznych pieniędzy do indywidualnych systemów produkujących energię, bo tak naprawdę daje to mały efekt, a pogłębia nierówności, zarówno te ekonomiczne, jak i te w dostępie do energii.

Dostęp do (taniej) energii umożliwiającej zaspokajanie podstawowych potrzeb to kolejna z podstawowych potrzeb po dostępie do wody i czystego powietrza. To problem całej ludzkości, tym bardziej że kryzys klimatyczny spotęgował problemy z dostępem do wody. Dotyczy to również krajów uznawanych za bogate i leżących w umiarkowanym klimacie śródziemnomorskim. Susza dopadła północne Włochy i staje się powoli stałym zagrożeniem w środkowej Hiszpanii. Ocenia się, że niedobór wody jest największy od 1200 lat, czyli praktycznie od początków zapisów historycznych.

Powróćmy do naszych górali czy może Wielkopolan. Właśnie w Wielkopolsce zagrożenie suszą jest największe, a Noteć zaczyna przypominać australijskie rzeki okresowe. Szansę na przetrwanie daje nam inwestowanie w reaktory jądrowe – zarówno w duże projekty, jak i mniejsze reaktory będące w fazie przygotowawczej. Problem w tym że wszystkie inwestycje w energetykę są opóźnione. Nasze rządy nie uważały inwestowania w tej dziedzinie za sprawę pierwszoplanową. Najważniejsze były drogi ( w tym autostrady). Unia zmuszała nas do inwestowania w koleje i gospodarkę odpadami. Samorządy realizowały projekty komunikacji publicznej, zwykle miejskiej. Komunikacja regionalna leży, z dwoma wyjątkami: aglomeracją warszawską i trójmiejską. Rząd Prawa i Sprawiedliwości (brzmi prawie jak Najwyższy Porządek) skupia się megalotnisku pod Baranowem. Zapewne pomysłodawców zainspirowało National Geographic prezentujące serial o lotnisku w Dubaju. Z przekopem pewnie też jakiś kanał.

Jedyna dobra rzecz, jaka może pozostanie po PiS-ie, to przygotowania do realizacji elektrowni atomowych, małych i dużych. To wszystko niestety bardzo spóźnione; jesteśmy krajem mocno opóźnionym w niemal wszystkim, a w niektórych dziedzinach jeszcze się cofamy. Jedynie w kwestii energetyki jest kraj w Europie bardzie zawęglony niż my: Niemcy. Tamtejszy parlament nie zgodził się ostatnio na przedłużenie pracy jeszcze działającym – sprawnie i bezawaryjnie – elektrowniom jądrowym. Nie wiem, czy to szczęście w nieszczęściu, ale niedługo będzie można mówić o Niemcach, że są mądrzy jak Polacy. No, chyba że u nas wygra niedługo inna opcja. Wtedy to już nie.

PS. Francja chce znacjonalizować EDF, który zresztą i tak już kiedyś był państwowy. Polityka energetyczna wydaje się dla nowego rządu francuskiego najważniejsza.

Wojna i pokój.

Posted in Kultura with tags , , , , , , , , on 15 kwietnia, 2022 by aristoskr

Saga Tołstoja to chyba najczęściej ekranizowana książka napisana po rosyjsku. Sam jej nie przebrnąłem, ale utkwiła w pamięci słynna serialowa ekranizacja – oczywiście brytyjska. Można przyjąć, że wojny napoleońskie to taka pierwsza nowożytna wojna światowa. Wojna, którą rękami Rosjan wygrała Wielka Brytania. A porażka napoleońskiej Francji umożliwiła powstanie II Rzeszy Niemieckiej pod światłym przewodnictwem Prus.

Czy teraz skażemy na zapomnienie hrabiego Tołstoja? Zapomnimy czy zakażemy wszystkiego, co napisano po rosyjsku? Minister Gliński za pośrednictwem Instytutu Mickiewicza wykonał pierwszy ruch w tym kierunku, zamykając rosyjskojęzyczny portal poświęcony kulturze. Polskiej zresztą.

Muszę się przyznać, że za młodu trochę czytałem rosyjskich książek – głównie o II wojnie światowej i fantastykę naukową. Braci Strugackich ceniłem nie mniej niż Asimova czy Ursulę Le Guinn. Zauroczył mnie Bułhakow; czytywałem też – nie wiem, czy nie wstyd się przyznać – Jesienina i Majakowskiego, a nawet Puszkina. Potem zachrypnięty głos Wysockiego… Jeśli istnieje słowiańska dusza, to wygląda, śpiewa i myśli jak Wysocki.

W jakim stopniu nieżyjący już Rosjanie odpowiadają oni za dzisiejszą wojnę? Nie uważam za adekwatne porównywanie rosyjskiego reżimu do III Rzeszy Niemieckiej. To moim zdaniem byłaby trywializacja niemieckiego nazizmu – systemu o zbrodniczych celach i zbrodniczym działaniu. Ale nawet gdybym dopuścił takie porównanie, to po to, by zobaczyć jak traktowano kulturę niemiecką w czasie rządów Hitlera i po jego upadku.

Świat wybaczył Wagnerowi popieranie Hitlera i ja, choć słuch muzyczny mam jak pień dębowy, potrafię docenić jego muzykę. Choć wolę Mahlera – też uwikłanego w niemiecki nacjonalizm – którego tragiczne życie stało się tematem filmu Kena Russela. Arcydzieło (moim skromnym zdaniem) Russela polecam wszystkim – obok „Kabaretu” Boba Fosse’a, „Zmierzchu Bogów” Luchina Viscontiego… czy „Jojo Rabbit” Taiki Waititiego. Nie było łatwo być Niemcem w III Rzeszy, a tym bardziej nie było łatwo być przyzwoitym człowiekiem i przeżyć. Choć pewnie lepiej byłoby wybrać drogę Bertolta Brechta czy Alberta Einsteina, to jednak nie wszystkim dana jest taka możliwość, a czasem nawet ci, którzy się na to zdecydują, nie mają szczęścia, jak pasażerowie „St. Louis” w 1939 roku. Nie zakazano też czytania Fryderyka Nietzschego, choć był inspiracją niewątpliwą dla nazistów.

Zaprawdę nie jest łatwo być Rosjaninem w dzisiejszej Rosji, choć nie wiem, czy łatwo było nim być kiedykolwiek. Od czasów Mikołaja I Rosja chciała być (wschodnio)Europejskim mocarstwem. A przynajmniej Mikołaj miał takie marzenie, które podzielali wszyscy jego następcy, bez względu na ideologię i reżim polityczny. Jakie marzenia mieli Rosjanie i inne ludy imperium możemy się dowiedzieć z rosyjskiej kultury – tej, której teraz niektórzy chcą się pozbyć z Europy. To w sumie nic nowego, bo choć Rosja fascynowała Europę, to dla wielu Europejczyków przecież Europa kończyła się tam, gdzie zaczynała się Rosja. Czyli ongiś na Wiśle, potem gdzieś na błotach Rusi Białej, kolejno na Odrze i teraz na Bugu. Choć trzeba przyznać, że nasze ostatnie rządy robiły wiele, by za granicę Europy uznawano znów Odrę.

Nie wiadomo, kto wymyślił określenie, że Polacy to tacy Rosjanie, którym się wydaje, że są Francuzami. To chyba spadek po epoce napoleońskiej. Dziś przecież wiemy, że jesteśmy lepsi od Francuzów, bo jedliśmy widelcami zanim nastał król Walezy. Obawiam się, że dla Francuzów Polacy to tacy sami Rosjanie jak Rosjanie. Choć teraz to może się nieco zmienić i będą uważać, że Polacy to tacy sami Rosjanie jak Ukraińcy.

Myślę, że Polacy nie mogą sobie pozwolić na odrzucenie rosyjskiej kultury. Tak samo jak niemieckiej, czeskiej (i słowackiej|). Nie wystarczy nam kultura bratanków z Węgier, choć jest nie mniej cenna.

Potępiamy Rosyjski reżim, potępiamy Rosjan, potępiamy to co robią, żeby nie musieć potępiać tego, co robili nasi rodacy, prawdziwi Europejczycy (i ci Europejczycy z USA), niekoniecznie w Europie. I niekoniecznie wobec Europejczyków.

Łatwiej jest nie pamiętać, gdy teraz robią to ludzie ubrani w mundury rosyjskiej armii. Łatwo poczuć się lepiej. Dobrze jest poczuć się lepiej. Nie jest dobrze czuć się za dobrze.

A konkordat , oczywiście należy wypowiedzieć.

Wojna na horyzoncie zdarzeń (znaczeń? )

Posted in gospodarka with tags , , , , , , , , on 26 marca, 2022 by aristoskr

Zagrożenie wojną, nawet jeśli tylko w postaci subiektywnego odczucia, wpływa na postrzeganie rzeczywistości. Zauważamy nowe pojęcia, a stare nieco zmieniają kontekst i znaczenie: niektóre zyskują na wadze i ostrości, inne stają się nagle nieistotne. Zmienia się ranking bohaterów i idoli zamieszkujących zbiorową wyobraźnię.

Jedno z nowych/starych słów to „oligarcha”. Niby greckie, oznaczające kogoś, kto ma władzę i pieniądze i ich używa. Oligarchowie żyją na „wschodzie”, choć majątki mają na „zachodzie”. Okazało się niespodziewanie, że te majątki są całkiem spore – firmy (całkiem duże), nieruchomości, samoloty, jachty. Najłatwiej dostrzec jachty. Są największe, najładniejsze i trudno je schować.

Oligarchowie starają się teraz bardzo, by jachty ulokować w bezpiecznych portach. Bezpiecznych dla jachtów i oligarchów. Nie jest łatwo, bo takich portów jest niewiele, a i jachty są bardzo duże. Dla jednego takiego jachtu musiano nawet rozebrać most w Rotterdamie. A nie, przepraszam, to nie był jacht oligarchy, tylko skromnego biznesmena z USA, Jeffa Bezosa.

Z samolotami jest trudniej. Czyli łatwiej dla właścicieli. Są już jednak spece, którzy potrafią śledzić samoloty, korzystając z dostępnych w sieci informacji. Jack Sweeney, student uniwersytetu na Florydzie, który śledził prywatny odrzutowiec Elona Muska, miał się przerzucić na śledzenie samolotów rosyjskich oligarchów. Elon odetchnął z ulgą i podobno nawet zmniejszył częstotliwość wizyt u swojego psychoanalityka. A przepraszam, przecież Elon też nie jest oligarchą.

Problemy trapią Premiership, angielską ekstraklasę piłkarską. Okazuje się, że nie tylko Chelsea ma właściciela z dalekiej Rosji. Najlepsze kluby są w rękach rosyjskich, choć nie zawsze bezpośrednio. Albo w rękach oligarchów arabskich, to jest, przepraszam, oczywiście szejków. Wyjątkiem jest Manchester United, należący aktualnie do szejków z USA, to jest, pardon, przedsiębiorców z USA, a mianowicie rodziny Glazerów. Glazerowie kontrolują między innymi holding Zapata, założony kiedyś przez George H. W. Busha (ojca). Zajmują się wszystkim, co przynosi pieniądze. Tak jak zajmował się George H. W. Bush (ojciec).

Głównym sponsorem Evertonu był, bo już jakby nie jest, Alisher Usmanow. Unia Europejska miała zamrozić jego aktywa, ale jeszcze przed nałożeniem sankcji przeniesiono je do innej spółki a sam Usmanow przekazał swoje prawa rodzinie. Może się okazać, że aktywa o wartości szacowanej na 2,6 mld funtów są poza zasięgiem brytyjskiego prawa. Sam Usmanow podobno schronił się u siebie, czyli w jednej z kilku swoich posiadłości… w Niemczech. Nie inaczej może być z pozostałymi oligarchami.

Pochodzących z różnych stron właścicieli klubów Premiership łączy oczywiście Liga Mistrzów UEFA, Heineken i Gazprom. A nie, Gazprom już nie. A przynajmniej chwilowo nie. Wszyscy mają jakieś rodziny. Wielu wyjeżdża na wakacje i tu, i tam. Często z TUI, a tu się okazuje, że Aleksiej Mordaszow zrezygnował z zasiadania w radzie nadzorczej TUI Group. Jego udziały w spółce przejął podmiot o nazwie Ondero Limited. A udziałowcem kontrolującym Ondero Limited w momencie przeniesienia udziałów 28 lutego 2022 roku była Marina Mordaszowa. Zaskoczeni? Czemuż to?

A nasz premier to nie ma rodziny? Ma rodzinę, ma żonę, a żona ma różne rzeczy. Rodziny mają majątki, jak się okazało – to znaczy okazało się dla tych nieświadomych faktu, że są rodziny, które mają nie tylko rzeczy, ale i sklepy z rzeczami, a nawet i fabryki różnych rzeczy. Taka mała francuska rodzina Mulliez posiada sieci sklepów Auchan, Liroy Merlin, Decathlon. Nie muszą się martwic o zakupy. Choć chyba martwić się nieco powinni ci, którzy w ich sklepach kupują.

Od czasów rzymskich wiemy, że pecunia non olet. Wtedy akurat chodziło o podatki, ale jeśli chodzi o zyski firm i „rodzin”, to tym bardziej non olet, a nawet waniajet, jak szwajcarskie perfumy od L’Oreal. Pardon, francuskie chyba, ale w ponad 20 procentach szwajcarskie.

Czasy teraz nieco inne, ale też mało kto pamięta, jak urosły na II wojnie światowej niektóre firmy, zwłaszcza te, które zaopatrywały obie walczące strony. Można sobie wygooglać, choć staje się to coraz trudniejsze z upływem lat. Niedługo być może te informacje będę dostępne tylko w papierowych księgach.

Ostatnia wojna, choć pewnie niestety nie ostatnia, toczy się w Ukrainie, ale również pomiędzy „rodzinami”, oligarchami, koncernami. A może toczy się i dla oligarchów i koncernów, bo obojętne, jak się skończy i kiedy, to nie „rodziny” i koncerny będą najbardziej poszkodowane. Członkini jednej z ukraińskich rodzin została zatrzymana na węgierskiej granicy z walizami dolarów. Zapewne chciała zabezpieczyć kapitał, ale ktoś doniósł. Może Rosjanie?

Historia uczy jak dotąd, że nikogo nigdy niczego nie nauczyła. Ale może wreszcie kiedyś zdarzy się ten pierwszy raz.

PS 1 Media donoszą, że premier Johnson, gdy był jeszcze „zwykłym” ministrem rządu JKM, latał sobie do Włoch na imprezy w posiadłości jednego z naturalizowanych w Brytanii „oligarchów”, potentata medialnego i nie tylko. Jak tam spędzał czas, nie opowiada, wiadomo tylko, że nie bywał tam Berlusconi. Ale kto wie, może klimat imprez był podobny. Tu(i) Włochy, i tam Włochy.

PS 2 Na zakupy polecam sklepy spółdzielcze. Tam wszystko zostaje w rodzinach spółdzielczych. Oczywiście, o ile macie wybór, bo posiadanie wyboru to prawie luksus.

Pokój z wami. Oby.

Polityczny crash test

Posted in polityka, Polska, UE with tags , , , , , , , , , on 25 lutego, 2022 by aristoskr

Wszyscy zajmują się teraz Ukrainą i Rosją, która „zajmuje się” Ukrainą. Zanim przejdę do omawiania testu, który w nas uderzył, muszę przyznać, że wątpiłem, by sprawy – a w zasadzie Rosja – zaszły tak daleko. Miałem wrażenie, że Putin potraktuje Ukrainę jak zwykle, czyli instrumentalnie, jako element rozgrywki ze Stanami Zjednoczonymi i trochę z Europą.

W tej sytuacji jesteśmy jak nasi sportowcy zimowi – większość nie dojechała na igrzyska, a reszta tak bardziej została na lodzie. Sny o potędze politycznej i militarnej prysły szybciej niż zmysły. Węgrzy, nasi najlepsi partnerzy, tzn. partnerzy rządu Zjednoczonej Prawicy, trzymają się z daleka od konfliktu, a jeśli mieliby kogoś poprzeć, to raczej swojego najważniejszego (oprócz Niemiec) partnera gospodarczego, czyli Rosję. Oficjalnie – jak zadeklarował premier Orban – nie będą blokować decyzji UE, ale sami na Ukrainę żadnej pomocy nie wyślą. Czechy, którymi aktualnie rządzi europejski partner PiS-u z tej samej frakcji Europarlamentu, są rozdarte pomiędzy prezydentem a premierem. Prezydent najchętniej poparłby Rosję, premier Ukrainę, acz subtelnie. Kompromisem wydaje się ostatnia propozycja premiera Czech, by wesprzeć Słowację. Turcja, kolejny sojusznik PiS-u, ale już pozaunijny, zachowa neutralność, jakkolwiek cierpi z powodu eskalacji napięcia wokół Ukrainy. Turcy działają na dwie strony, zwłaszcza w Syrii, ale zdecydowanie nie mają ochoty walczyć na dwa fronty, zwłaszcza że sytuacja gospodarcza ich kraju pogarsza się z tygodnia na tydzień. I na tym by się kończyły mrzonki o środkowo-europejskiej mocarstwowości oraz o przywództwie Polski w „międzymorzu”. Działania Rosji ujawniły wszystkim, dokąd wpadł nasz rząd z rękami, a w zasadzie nogami również.

Nasz rząd zgłosił chęć uruchomienia artykułu 4 Traktatu waszyngtońskiego, powołującego NATO. Zgodnie z tym artykułem „strony będą się wspólnie konsultowały, ilekroć zdaniem którejkolwiek z nich zagrożone będą integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze Stron”. Artykuł ten nie ma realnego wymiaru militarnego, a w tym konkretnym przypadku może oznaczać, że rząd Polski chce, by kraje NATO pytały go o zdanie, a przynajmniej informowały o podejmowanych krokach. Na razie zwiększana jest obecność wojsk – głównie amerykańskich – na naszym terytorium. Część z nich zostanie zapewne na dłużej, choć nie są to siły o jakimś strategicznym znaczeniu.

Pozbawiona takiego strategicznego znaczenia wydaje się również polska armia. I niewiele tu zmieni obiecany zakup 250 amerykańskich abramsów. Wydaje się, że prowadzony od lat proces modernizacji armii skutkuje stałym obniżaniem jej zdolności bojowych, a w ostatnich latach rządów Zjednoczonej Prawicy, trzeba przyznać, proces ten przyspieszył.

Z jednej strony mamy więc komunały o suwerenności i samodzielności politycznej, z drugiej mizerię militarną i dyplomatyczny „san escobar”. Polska zadeklarowała, że przekaże Ukrainie przenośny przeciwlotniczy zestaw rakietowy, niezły i nasz, w nieznanej jeszcze ilości, choć zakładam, że więcej niż jeden. Nie będzie tego zbyt dużo, bo większa darowizna mogłaby znacząco osłabić nasz krajowy arsenał obronny.

Powiedzieć, że król czy może prezes jest nagi, to posłużyć się eufemizmem. Rząd jest nagi, bosy, kulawy i ślepy na jedno oko, a w drugim ma daltonizm. Co było do okazania. Zamiast odrobiny realizmu (zresztą trudno się go spodziewać) rząd w trybie pilnym chce uchwalenia nowej ustawy o obronności, zapewne mającej magicznie wpłynąć na obronę kraju. Równie efektywny byłby kolejny „akt zawierzenia” boskiej pomocy.

Jakie mogą, choć nie muszą, być pozytywne skutki uboczne crash testu? Amerykanie – i nie tylko – nieco życzliwiej spojrzą na sprzedaż broni dla naszej armii, co nie znaczy, że sprzedadzą ją taniej. Komisja Europejska może złagodzić swoje stanowisko wobec stanu przestrzegania praworządności przez PiS i warunkowo odmrozić część środków, zwłaszcza z Funduszu Odbudowy. Wszyscy będą patrzeć na Ukrainę, a sprawa Polska nie obchodzi wielu. Czasem mam wrażenie, że nie obchodzi części samych Polaków.
Negatywnym skutkiem ubocznym może być nieco łatwiejsza sytuacja finansowa PiS-u, co pozwoliłoby Zjednoczonej Prawicy, a raczej PiS-owi, przygotować się lepiej do wyborów. Może się okazać, że na listach Zjednoczonej Prawicy nie znajdą się ludzie od Ziobry, o czym on sam dowie się po ich rejestracji. A hasła narodowej jedności w obliczu zagrożenia zewnętrznego też mogą opozycji utrudniać racjonalną krytykę rządu, o ile w Polsce cokolwiek jest jeszcze racjonalne.

Zbliżające się wybory – jeśli PiS pod pretekstem sytuacji zagranicznej ich nie przesunie – będą kolejnym crash testem, po którym jeszcze trudniej będzie nam się pozbierać. Można współczuć mieszkańcom Ukrainy, tym bardziej że jesteśmy w znacznie lepszej od nich sytuacji i mimo wszystko z nieco lepszymi perspektywami. Coraz trudniej jednak jest pocieszać się tym, że inni mają gorzej. Marek Węcowski w ostatnim numerze „Polityki” omawia ideologiczne tęsknoty PiS-u za II RP. To prawdziwy „ideał” państwa ze wszystkimi jego wadami, które dla PiS-u stanowią jednocześnie zalety. Obyśmy pod światłym przywództwem niespełnionego marszałka nie zmierzali w kierunku takiego samego końca jak II RP.

Układzik żoliborski.

Posted in demokracja with tags , , , , , , , , , , , on 11 grudnia, 2021 by aristoskr

Omawiając działania ekipy aktualnie rządzącej, komentatorzy łatwo wpadają w przesadę. Przeceniają ich znaczenie albo ich nie doceniają. Niezwykle często dają się też złapać w pułapkę analogii do okresu PRL-u. PiS nie potrafi prowadzić polityki zagranicznej między innymi dlatego, że wymaga ona partnerskiego traktowania rozmówców oraz pewnej rzetelności w negocjacjach. Cechy te są PiS-owi obce, a ich ewentualne przejawy są natychmiast tłumione. Kwintesencją i podsumowaniem PiS-owskiej polityki zagranicznej nie jest spotkanie europejskich nieudaczników politycznych w Warszawie (wyłączam z tego grona Orbana, bo na tle pozostałych to geniusz strategii), lecz balkonowa „konferencja” Morawieckiego z Paryża.

Większość działań, jaki próbuje podejmować rząd PiS-u na arenie międzynarodowej, jest organizowana wyłącznie na użytek wewnętrzny, dla odbiorców wiadomości i telewizji publiczno-narodowej. Nie da się tego porównać z polityką zagraniczną PRL-u, która w tamtym czasie była nad wyraz skuteczna i budowała pozycję międzynarodową Polski znacznie powyżej jej pozycji gospodarczej czy politycznej.

Warszawskiej nacjonalistycznej herbatce PiS-u daleko do herbaty bostońskiej, i to nie tylko z powodu znacznych odległości. Mimo wielu zaproszeń nie przyjechał do Warszawy nikt z poważniejszych graczy poza Orbanem – ani uczestnicy włoskiej koalicji rządzącej, ani przedstawiciele czeskiej partii ODS, która właśnie przejmuje władzę w Czechach. Pojawili się europejscy nieudacznicy, od lat starający się o zwiększenie swoich politycznych wpływów. Znając kompletną nieporadność PiS-u w relacjach międzypaństwowych, można snuć przypuszczenia, że za pomysłem spotkania nie stoi geniusz z Żoliborza, ale aktualny „regent” z Budapesztu, któremu do kompletu tytułów pozostaje jeszcze uzyskanie stopnia admirała. Wierny parlament może ów stopień przyznać w każdej chwili, jeśli tylko admirał in spe uzna, że poprawi to jego sondaże przedwyborcze.

Partia Orbana rozstała się z największą frakcją Europarlamentu i aktualnie jest bezdomna. Mogłaby co prawda wpisać się do frakcji PiS-u (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy – wiem, brzmi bajkowo), ale wolałaby przekształcić ją w coś większego, a z mniejszymi wpływami polskich sojuszników. I być może to właśnie Orban był inicjatorem spotkania w Warszawie. W razie porażki, do której chyba doszło, wina spadłaby na PiS.

Publicystyczne analogie, którymi dosyć szeroko szermowano przed spotkaniem i w jego trakcie, więcej jednak mówią o publicystach niż o samym spotkaniu. Nazywanie tego wydarzenia nowym Układem Warszawskim świadczy o świadomym lub podświadomym chorobliwym antykomunizmie czy antysocjalizmie. Jeśli już szukać analogii, bardziej adekwatne byłoby określenie „nowy pakcik stalowy”. Ciekawe, że Warszawa, miasto zrównane z ziemią przez faszystów, tak często przyciąga grupy żywiące faszystowskie resentymenty. Tylko nieostrożne manewry Orbana z PiS-em oraz włoskie konflikty wewnętrzne sprawiły, że do Warszawy nie przyjechała żadna włoska partia karmiąca się faszystowskim iluzjami.

PiS nie ma nic wspólnego z socjalizmem ani nawet z politykami socjalnymi. Kaczyński nie tęskni za dyktaturą proletariatu, ale za swoją własną. Tak samo Putin i dzisiejsza Rosja nie mają nic wspólnego ani z lewicą, ani z socjalizmem. Jeśli szukać historycznych porównań, Putinowi bliżej do Piotra I, Katarzyny (choć to akurat była Niemka) czy Aleksandra I. Ten ostatni zapewne najbardziej przypadłby mu do gustu, bo odgrywał w Europie rolę, jakiej żadnemu rosyjskiemu władcy ani przed nim, ani po nim nie udało się odegrać.

Putin i Rosja mają swoje interesy i starają się na różne sposoby realizować je w Europie – podobnie jak Stany Zjednoczone, Izrael, Arabia Saudyjska czy Chiny. Owszem, Putin cieszy się, gdy partie „Europy Narodów” zyskują na znaczeniu, ale rozpad Unii nie jest dla niego korzystny. Putin chciałby Unii równoważącej wpływy chińskie i amerykańskie, z którą można prowadzić dialog i robić interesy – Unii kierowanej przez trójkąt francusko-włosko-niemiecki, bo z tymi Rosjanie umieją się dogadać. W razie potrzeby potrafią też kupić polityków lub… kraj. Tak samo jak USA czy Chiny.

Wszyscy ci, którzy w Europie wyrażają się pochlebnie o reżimie Putina, podobnie chwalili Trumpa. Nie było tak dlatego, że Trump z Putinem mieli wspólne interesy (choć miewali wspólnych wrogów), ale dlatego, że europejskim sierotom po nacjonalizmie podobają się „silni” autokraci. Każdy z nich nosi w plecaku marszałkowską laskę Goeringa, mundurek Franco czy kapelusz admiralski Horthy’ego.

A kawiarniani czy też „zawodowi” komentatorzy powinni pamiętać, że podążając ślepo ścieżką antysocjalizmu, toruje się drogę faszyzmowi.

Jedną nogą w Unii.

Posted in Polska with tags , , , , , , on 13 października, 2021 by aristoskr

Koncept Unii Europejskiej zawsze cieszył się w Polsce większym poparciem obywateli niż klasy politycznej. To w pewnym sensie zrozumiałe. Akces do Unii zwiększał uprawnienia i możliwości obywateli, a zmniejszał zakres władzy politycznej i realnej polityków. Tak się jakoś dziwnie składa, że od roku 1989 zwykli obywatele na swoich reprezentantów wybierali ponadprzeciętnych egoistów o mniej niż przeciętnych horyzontach.

Co ciekawe, poparcie, jakie w referendum uzyskał akces do Unii, było znacząco wyższe od poparcia, jakie w referendum uzyskała Konstytucja. W referendum za wejściem do Unii opowiedziało się 77,45% głosujących przy frekwencji na poziomie 58,85%. To w sumie i tak nie oznaczało poparcia większości uprawnionych do głosowania, bo za akcesem opowiedziało się 45,6% uprawnionych, przeciw było 13,3%, a reszta nie raczyła zagłosować. Z najnowszego sondażu IPSOS wynika, że 88% ankietowanych chce, by Polska została w UE. Nawet jeśli wziąć pod uwagę, że to tylko sondaż, jest to wynik niemal dwukrotnie wyższy od wyniku uzyskanego w referendum.

Dla porównania, w referendum konstytucyjnym frekwencja wyniosła niespełna 43%. Konstytucję poparło 53,45% głosujących, czyli zaledwie 22,9% uprawnionych do głosowania. Za wejściem do Unii opowiedziały się wszystkie z 17 województw, bo poparcie rozłożyło się mniej więcej równomiernie. Konstytucja nie miała tak dobrze, nie znalazła bowiem akceptacji w południowo-wschodniej Polsce. Przeciwko głosowały dzisiejsze województwa małopolskie, podkarpackie, lubelskie, podlaskie oraz – co może niektórych zaskoczy – pomorskie.

Mieliśmy i mamy unijny euroentuzjazm oraz konstytucyjny sceptycyzm, przynajmniej u obywateli, bo w klasie politycznej od zawsze dominuje sceptycyzm zarówno wobec Konstytucji, jak i wobec Unii. Nasza klasa polityczna, niestety, nigdy nie zdała do klasy następnej.

Po ogłoszeniu wewnątrztrybunałowych ustaleń jakoby nasza chata znowu była z kraja, zabrał głos premier Morawiecki. Napisał, że Unia to zbyt poważna wspólnota, by „przenosić ją w świat bajkowych opowieści”; „to miejsce obopólnych korzyści, ale również rzeczywistych wyzwań dla wszystkich krajów Unii. Wyzwań, do rozwiązywania których Polska musi stawać jako podmiot”. Polexit natomiast to „szkodliwy mit, którym opozycja zastępuje swój brak pomysłu na odpowiednią pozycję Polski w Europie”.

Bardzo nie lubię zgadzać się z premierem Morawieckim, ale tym zdaniem trafił w sedno. Ma – muszę przyznać – dobrego ghostwritera. Polscy politycy nie mają żadnego pomysłu na obecność Polski w Europie, nie licząc oczywiście koncepcji rechrystianizacji Europy (choć to bardziej chyba pomysł episkopatu). Od akcesu do Unii niemal wszyscy traktują tę wspólnotę może nie jak dojną krowę – bo sami jesteśmy przecież krajem mlekiem płynącym i kwotami mlecznymi – ale jak zaczarowany trzos, w którym nigdy nie brakuje dukatów, albo jak bankomat, do którego znaleźliśmy złotą kartę. Jeśli chodzi o wdrażanie unijnych standardów czy unijnego prawa, wleczemy się w samym ogonku ogonka. No, chyba że wprowadzane są przepisy korzystne dla rządu, wtedy następuje cudowne przyspieszenie.

Ratyfikacja traktatu lizbońskiego (tzw. traktatu reformującego Unię) też pokazała, że odstajemy od Europy. Tylko dwa kraje nie wprowadziły do obiegu prawnego Karty praw podstawowych. Jeden z nich, Wielka Brytania (a w zasadzie, jak sami mieszkańcy się zorientowali, Zjednoczone Królestwo) jest już poza Unią i nie wygląda ostatnio ani na wielką, ani na szczególnie zjednoczoną. Drugi z tych krajów, jak się pewnie orientujecie, to wielka i zjednoczona Rzeczpospolita Polska. Ironizowałem kiedyś, że oba kraje nie przyjęły Karty, bo zgodnie z nią obywatele krajów Unii mają prawo do „dobrej administracji”, czyli sprawnej, rzetelnej, opartej na przepisach prawa władzy politycznej. Rzeczywistość powoli odziera mnie z ironii. A ratyfikacja traktatu i wyłączenie z niego Karty praw podstawowych zaliczają się niewątpliwie do największych sukcesów ówczesnego premiera i prezydenta, czyli Donalda Tuska i Kaczyńskiego Lecha. Cokolwiek by powiedzieć o Lechu Kaczyńskim, to na pewno złożenie podpisu ratyfikującego traktat było rzeczą dobrą dla Polski. A wyłączenie z niego Karty praw podstawowych było rzeczą złą.

Manifestując w obronie polskiego członkostwa w Unii, ulegamy trochę iluzji, że samo bycie w Unii jest lekiem na całe zło. Przestrzegałem przed uleganiem temu złudzeniu, sam będąc euroentuzjastą i zwolennikiem integracji i federalizacji Europy. Niestety, wszystkie rządy po wejściu Polski do Unii były mniej lub bardziej eurosceptyczne. Grupowy interes „klasy politycznej” przeważał nad integracją europejską, bo ta nieuchronnie zmniejszała zakres woluntaryzmu władzy lokalnej. Miałkość intelektualna nie pozwala na kompensację utraty prestiżu poprzez współudział w rządzeniu Unią. Jak się okazuje, naszą najważniejszą tradycją polityczną jest zaściankowość. Nie udało nam się wnieść do Unii żadnej idei ani ciekawej propozycji. Inna sprawa, czy takowe w ogóle mieliśmy.

Epilog. Właśnie trwa rozprawa przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie wniesionej przez rządy Polski i Węgier kwestionujące tzw. mechanizm praworządności. Zapytajmy czysto hipotetycznie: gdyby TSUE wydał wyrok zgodny z życzeniem polskiego rządu, to co, tenże rząd też musiałby ów wyrok zignorować? Przecież wyroki TSUE naruszają polską suwerenność…

A organizacje głoszące faszystowskie hasła powinny zostać zdelegalizowane.

%d blogerów lubi to: