Archiwum dla Polska

Naród i przemoc

Posted in demokracja, historia, polityka with tags , , , , on 20 grudnia, 2022 by aristoskr

Narodowość czy też przynależność narodowa, podobnie jak nacjonalizm, są szczególnego rodzaju reliktem kulturowym. Tak mówi Benedict Anderson, amerykański historyk i politolog. Narody wyobrażane są jako wspólnoty ograniczone, ponieważ nawet największa wspólnota zamieszkująca choćby największe terytorium musi zawsze pozostać ograniczona ze względu na granice geograficzne i na przeświadczenie członków wspólnoty o swojej przynależności do danego miejsca. Nacjonalizm to z kolei pogląd ludzi ograniczonych – ograniczonych nie tylko w sensie horyzontu zawężonego do własnego narodu, ale też ograniczonych w postrzeganiu rzeczywistości.

W kulturze nowożytnej najważniejszymi elementami symboliki narodowej są groby nieznanych żołnierzy. Martwi bohaterowie są ważniejsi niż żywi, żywi zaś mają obowiązek w razie konieczności zostać martwymi bohaterami. Jak wyjaśnia Anderson, skoro wyobrażenia narodowe dotyczą takich właśnie kwestii, świadczy to o ich bliskim pokrewieństwie z wyobrażeniami religijnymi, a to z kolei wskazuje na zakorzenienie nacjonalizmu w śmierci, ostatecznym przeznaczeniu każdego człowieka niezależnie od jego wieku.

Może to tłumaczyć łatwość, z jaką nacjonalizmy łączą się z religiami, choć wszystkie religie twierdzą, że są ponadnarodowe. Nacjonaliści zyskują w ten sposób religijne (boskie) namaszczenie i pewność, że głoszą jedyną prawdę, a religie zyskują wyznawców, wpływy i pieniądze. Tak oto sojusz tronu i ołtarza zostaje zastąpiony sojuszem ołtarza z rózgami liktorskimi, mieczykami Chrobrego, strzałokrzyżami czy ostatecznie z jedną tylko literą: „Ω” bądź „Z”. Nie ma dobrych nacjonalizmów, tak jak nie ma dobrych nacjonalistów.

Moloch nacjonalizmu nieustannie domaga się ofiar, krwi swojej i obcej. Przelewanie krwi urasta do rangi symbolu stwarzającego naród i szczególną więź między członkiem rzeczywistym narodu a wyobrażoną idealną wspólnotą. Narodowi potrzebna jest przemoc i krew. Jest to odwołanie do pierwotnych wspólnot krwi, tak samo wyobrażonych jak naród i tak samo jak on nieistniejących. Naród potrzebuje ofiar, a ofiarami są zarówno ofiary przemocy uznane za wrogów narodu, jak i ci, którzy tę przemoc zadają, naznaczeni krwią i przemocą.

Nie pierwszą i nie ostatnią ofiarą opętanych nacjonalizmem był Gabriel Narutowicz. Mało kto zrobił tyle co on dla uzyskania niepodległości i powołania do życia państwa polskiego. Narutowicz ma większe prawo do tytułu ojca założyciela republiki niż Dmowski, a na pewno nie mniejsze niż Piłsudski. Sam był pragmatykiem, demokratą, inżynierem. Nieoczekiwanie dla siebie został pierwszym prezydentem Polski. Wybrany został jednak nie głosami „najprawdziwszych” Polaków, a zaledwie zwykłych demokratów, obywateli Polski, którym tego obywatelstwa ci najprawdziwsi z prawdziwych odmawiali. Bo socjaliści, bo Żydzi, Niemcy, Ukraińcy, chłopi czyli pospólstwo. Albo po prostu lud.

Dziś jesteśmy w nieco dziwnej sytuacji. Rządzący chcieli powrotu do przeszłości, udając, że nie było tych stu lat ani w Polsce, ani w Europie, ani w całym ONZ-ecie. Znów wrogami są socjaliści, Żydzi i Niemcy. Eligiusz Niewiadomski przeżyłby małe déjà vu. Do listy wrogów „ojczyzny” doszli jeszcze Francuzi, Holendrzy i wszyscy ci Europejczycy i liberałowie różnej maści.

Zaprawdę prawdziwy Polak patriota musi mieć w sobie bardzo wiele nienawiści, żeby w końcu móc siebie odrobinę pokochać. On też zresztą jest ofiarą tych, którzy dla przyziemnych celów, własnych ambicji i pieniędzy tę nienawiść rozniecają, łącząc ją z polityką – po to, by grzać się w cieple swojego domowego ogniska i płonących stosów książek i ludzi.

Nie istnieje demokracja bez demokratów ani braterstwo bez sióstr i braci. Nie ma demokracji bez równości i sprawiedliwości. Nie ma wolności bez obowiązków. Jeśli jednak ludzi dobrej woli jest więcej, to nie mogą zachować bierności i milczenia. Demokracja nie potrzebuje ofiar, ale wymaga wspólnego działania.

Kraków, 17 grudnia 2022, skwer przy Collegium Novum

Powszechna deklaracja praw

Posted in demokracja with tags , , , on 4 grudnia, 2022 by aristoskr

Nawet jeśli to nie Amerykanie odkryli, że wszyscy ludzie są równi, to oni napisali to czarno na białym, a przynajmniej przyjęli słowa Thomasa Jeffersona za własne: „Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolności i dążenia do szczęścia. Że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych” (Deklaracja Niepodległości; tekst za Wikipedią).

Potem się okazało, że jednak nie wszyscy ludzie są równi, albo i nie wszyscy ludzie są ludźmi. Realizacja postulatu równości zabrała Ameryce prawie 200 lat, a nawet teraz mimo formalnej równości jest to kraj o największych nierównościach spośród krajów rozwiniętych.

Pojęcie obywatela, który ma swoje prawa (i obowiązki), zawdzięczamy rewolucji francuskiej. Nie udałoby się jednak tego osiągnąć bez formalnego (i, jak się okazało, fizycznego) odcięcia się od monarchii i feudalizmu. Obywatela Ludwika Kapeta potraktowano na równi z innymi obywatelami. Równość ta natomiast nie była zupełna, bo kobietom nie przyznano praw obywatelek, a jedynie równe prawa w obliczu gilotyny.

Do równości praw Francja (i Europa) musiały dojrzeć. Trzeba było obalić jeszcze niejednego cesarza, stoczono jeszcze wiele wojen, w tym jedną światową. A Europę i tak wyprzedziła Australia, przyznając kobietom prawa wyborcze w 1902 roku. Ale żeby nie było za słodko, tubylcza ludność, Aborygeni, uzyskała pełnię praw obywatelskich dopiero w 1965, czyli rok po formalnym zniesieniu segregacji rasowej w USA, a wiele lat przed upadkiem polityki apartheidu w RPA (1990).

Wracajmy do Europy. Jako pierwsze uzyskały prawa wyborcze Skandynawki – Dunki, Norweżki, Islandki, a także Finki, wciąż jako poddanki cara Wszechrusi, króla Polski, wielkiego księcia Finlandii, Mikołaja II Romanowa. Gdy rewolucja w 1917 roku zmiotła go z tronu, status obywateli i obywatelek przyznano mieszkańcom Rosji, przynajmniej na terenie opanowanym przez Czerwonych i ich armię. Polki doczekały się swoich praw niewiele później niż niepodległości; musieli upaść pozostali cesarze, zakończyła się krwawa wojna światowa.

Stany Zjednoczone próbowały gonić Europę (i Australię), wprowadzając 19. poprawkę do konstytucji, przyznającą Amerykankom w 1920 roku prawa wyborcze. Część praw ekonomicznych, np. prawo do posiadania i dysponowania własnym majątkiem, obywatelki USA uzyskały jednak dopiero w latach 60. XX wieku.

Francuzki musiały czekać na swoje prawa aż do 1944 roku. Po upadku rewolucji, po restauracji Burbonów oraz II i III republiki, dopiero IV republika była tak naprawdę demokratyczna. Koniec II wojny światowej oprócz opamiętania przyniósł, niejako przy okazji, Powszechną Deklarację Praw Człowieka i Obywatela – można by rzec, pośmiertne zwycięstwo jakobinów i pierwszej francuskiej feministki Olimpii de Gouges.

Był to dokument bez precedensu w historii człowieka, rewolucja na miarę Kodeksu Hammurabiego czy rzymskiego prawa cywilnego, tyle że dotycząca wszystkich bez względu na pochodzenie, płeć, kolor skóry i tzw. rasę. Uznawano w niej prawa wszystkich ludzi – choć tylko tak jak w nazwie, czyli deklaratywnie. Była to również deklaracja obaw przed siłą Związku Radzieckiego i upowszechnianiem idei socjalizmu, deklaracja strachu przed faszyzmem i wcale nie wykluczoną powtórką z tragicznej historii.
Deklarację przyjęto bez głosu sprzeciwu. Od głosowania wstrzymała się RPA, w której nie było nawet deklaratywnej równości praw. Wstrzymała się Arabia Saudyjska, w której prawa do dziś mają w zasadzie tylko mężczyźni. O ironio, od głosu wstrzymały się delegacje państw obozu socjalistycznego: ZSRR wraz z Ukrainą i Białorusią, Czechosłowacja, Polska i Jugosławia. Pretekstem był brak potępienia faszyzmu, a tak naprawdę chodziło o nacisk położony w Deklaracji na wolności polityczne.

W 1966 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło Pakty Praw Człowieka, składające się z Paktu Praw Obywatelskich i Politycznych oraz Paktu Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych. Do Paktów nie przystąpiła Arabia Saudyjska, ale także Katar i Zjednoczone Emiraty Arabskie (są natomiast członkami FIFA). Pakty zostały podpisane, choć nie ratyfikowane przez Chiny i Kubę. Polska ratyfikowała oba dokumenty w 1977 roku, przystępując tym samym do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka.

To ciekawe, że Polska PRL-owska ratyfikowała Pakty i zdecydowała się ich przestrzegać (choć z tym było już różnie, nie zawsze jednak gorzej niż w krajach Zachodu), a Polska demokratyczna nie jest w stanie ratyfikować Europejskiej Karty Praw Podstawowych. Po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE pozostajemy jedynym krajem, który tego nie zrobił. Była to wspólna decyzja premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego. Potem Donald Tusk trzy razy obiecywał ratyfikację Karty; czekam na czwarty raz. PiS jest w tej sprawie konsekwentne i chyba bardziej szczere, bo ratyfikacji Karty nie obiecuje, a wręcz uważa ją za źródło zła i grzechu.

Zaskakujące jest jedynie to, że 9 czerwca 2018 roku na PGE Narodowym w Warszawie odbyło się Forum Praw i Wolności, zorganizowane w związku z przypadającą wtedy 70. rocznicą przyjęcia Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Przygotowały je Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris, Konfederacja Inicjatyw Pozarządowych Rzeczypospolitej (KIPR) oraz Stowarzyszenie KoLiber, czyli organizacje, którym duch Deklaracji jest, delikatnie mówiąc, obcy. Co gorsze, była to jedyna impreza zorganizowana w tę rocznicę. Wiele wskazuje na to, że w Polsce rozumiemy Deklarację głównie po turecku.

10 grudnia jest obchodzony na niemal całym świecie jako Dzień Praw Człowieka. W tym roku darowałbym sobie obchody, tym bardziej gdyby miało je organizować Ordo Iuris. Wolę poczekać na Kartę Praw Podstawowych, równość społeczną i ekonomiczną, prawo do godziwego życia i godnej śmierci. Może dożyję. Czego i Wam życzę. Nie na Mikołaja, nie na Barbary, na Dzień Praw Człowieka.

Czarny tydzień

Posted in gospodarka, Kultura, polityka with tags , , , , , , , , , on 26 listopada, 2022 by aristoskr

Tydzień wyprzedaży, okazji, szans i spełniania marzeń. Ciekawe, czemu czarny. Że czarny sen sklepów? W USA okres przedświąteczny generuje zwykle prawie 1/5 rocznej sprzedaży i powoduje, że sklepy wykazują zyski… Być może okazyjne wyprzedaże są szansą, ale raczej dla sprzedających niż kupujących. Być może też dlatego, że w ciągu roku ludzie kupują zwykle to, czego potrzebują, a w okresie przedświątecznym również to, co jest w promocji.

Właśnie z myślą o prawdziwych i tych bardziej czarnych wyprzedażach Komisja Europejska przygotowała specjalną dyrektywę Omnibus, która weszła w życie 28 maja 2022 roku. Dyrektywa ma wzmocnić ochronę konsumentów przed nieuczciwymi praktykami handlowymi, szczególnie w takich okresach jak Czarny Tydzień, by nie był czarny dla kupujących, by nie było fałszywych przecen, kiedy ceny towarów na półkach najpierw nieoczekiwanie rosną, a w czasie promocji spadają – niekoniecznie do poziomu sprzed krótkotrwałej podwyżki.

Jak pewnie się domyślacie, szanowni czytelnicy, u nas to jeszcze nie działa. Projekt ustawy wprowadzającej zapisy dyrektywy do polskiego systemu prawnego jest w trakcie intensywnych konsultacji międzyresortowych. Jest minimalna szansa, że przyszłoroczny Black Weekend będzie nieco mniej czarny. No, chyba że prezydent zawetuje nowelizację kodeksu karnego przybliżającą nas znacznie do irańskich rozwiązań i w konsekwencji minister Ziobro obrazi się na cały świat i odmówi wszelkich konsultacji.

Black Friday zawsze kojarzy mi się z filmem „Lucky Man” Lindsaya Andersona. W tytułowego szczęściarza, angielskiego komiwojażera, wcielił się Malcom McDowell a muzykę napisał Alan Price, współtwórca kultowego ( dla mnie) zespołu The Animals. Jedna z piosenek ilustrujących komiwojażerskie przygody nosi tytuł „Sell, sell, sell” („sprzedawaj”) – idealna na Black Week.

To drugi w trylogii Lindseya Andersona film z Malcolmem. Pierwszym był „If” („Jeżeli”). Ten też polecam, bo mam wrażenie, że na brytyjskiej szkole uwiecznionej przez Andersona wzorowali się nasi ministrowie edukacji. Być może nie dotrwali do finału filmu – albo nie dali wiary reżyserowi. Finałem trylogii był „Brytania Hospital” („Szpital Brytania”), który opisywał Brytanię za rządów Margaret Thatcher . Jeśli ktoś dopatrzy się podobieństw do dzisiejszej Polski, może mieć rację. Ciekawych uprzedzam, że nie ma takiego filmu (hasła) w polskiej Wikipedii. Ale to już temat na inną opowieść.

Wracajmy do kupowania – do legend o wzroście PKB. Jak wiadomo, najbardziej szkodliwy dla PKB jest pieszy w solidnych butach, który szerokim łukiem obchodzi wyprzedaże. Nie generuje PKB. Z drugiej strony możliwość „niekupowania” (nie tylko w Black Week) to przywilej i luksus, oznacza bowiem, że kupuje się, kiedy się zechce. Takiego luksusu nie mają ci, którzy kupują, kiedy muszą i kiedy mają za co. Wiedział o tym Lindsay Anderson. Pamiętajmy o tym we wszystkie szare i czarne tygodnie. I w te kolorowe.

Witajcie w tunelu.

Posted in gospodarka, polityka, Polska, Prezydent with tags , , , , , , , on 14 listopada, 2022 by aristoskr

Otwarto uroczyście tunel pod Luboniem. Do Zakopanego można teraz dojechać odrobinę szybciej, choć nadal nie do końca wiadomo po co. Pewnie po miłość. Albo po misia.

Tunel otwarto w Święto Niepodległości, upamiętniające słynny wspólny wieczorek przy koniaku Rady Regencyjnej i przyszłego Naczelnika Państwa, Marszałka i Sanatora Rzeczypospolitej, Józefa Piłsudskiego. Byłoby logiczne, gdyby ów odcinek drogi dostał imię po Marszałku (lub chociaż po Radzie Regencyjnej) albo gdyby przynajmniej nazwano go Tunelem Niepodległości. Byłoby to może cokolwiek wieloznaczne, ale jak najbardziej symboliczne. Nasza niepodległość wjechała bowiem do tunelu, a pierwsze światełko będzie można zobaczyć najwcześniej późną jesienią przyszłego roku. Ostatecznie tunel otrzymał za patronów Marię i Lecha Kaczyńskich, których związek z tym miejscem trudno określić – tym bardziej, że decyzja o budowie to raczej wina (rządu) Tuska, a ponad połowa pieniędzy na tunel to fundusze z Niemiec, pardon, z Unii Europejskiej.

To kolejny już, dwieście dziesiąty – jak obliczyła „Gazeta Wyborcza” – obiekt nazwany imieniem (i nazwiskiem) pary Kaczyńskich. Największym takim obiektem jest Via Carpatia, droga ekspresowa mająca docelowo połączyć litewską Kłajpedę z Salonikami w Grecji i z rumuńską Konstancą. Nie jestem pewien, czy owo zaszczytne imię ma nosić cała trasa czy jedynie jej polskie odcinki, bo na razie są tylko odcinki. Gdyby polskie imię nadano całości, byłoby to symboliczne zamierzenie na miarę Słońca Karpat. Ups, przepraszam, ale mnie się wszystko chyba dziwnie kojarzy.

Dziwne, że najsłynniejszą inwestycję (choć trochę mniejszą niż tunel): Najsłynniejszy Przekop, pozbawiono prawa do noszenia imienia. Może niektórym przekop albo – przepraszam za wyrażenie – kanał źle się kojarzy? A tunel brzmi dumnie. Chyba. No i prezydent Duda, następca Prezydenta, będzie mógł nieco szybciej dotrzeć na narty i tym razem oponka mu nie pęknie. Oczywiście oponka w służbowej pancernej limuzynie. I pięknie. Żeby jeszcze śnieg raczył spaść. Bo inaczej zostanie zjazd na igelicie spod Wielkiej Krokwi.

Jak uprzejmie doniosła „Gazeta Wyborcza”, przez chwilę rozważano jako patrona tunelu pisarza Jalu Kurka. Urodził się nieopodal, a powieść „Grypa szaleje w Naprawie” poświęcił właśnie swojemu rodzinnemu regionowi. Niestety, jego słynne dzieło, które bardzo realistycznie ukazuje głęboką nędzę i zacofanie przedwojennego Podhala, dzisiaj przyjmowane jest w regionie z irytacją. Co prawda, po nędzy zostały już tylko wspomnienia, ale co do zacofania… zdania są podzielone. Nie przebił się też generał Maczek, choć jako dowódca 10 Brygady Kawalerii Pancernej we wrześniu 1939 akurat przez te tereny się przebijał. Potem został dowódcą 1 Dywizji Pancernej, którą po wielu bitwach doprowadził aż do Wilhelmshaven. Wszystko to opisał w swojej książce gen. Franciszek Skibiński, szef sztabu 10 Brygady, następnie dowódca jednej z brygad 1 Dywizji, a po wojnie wykładowca Akademii Sztabu Generalnego.

Na placu boju o tunel pozostało więc tylko Małżeństwo Prezydentostwo Kaczyńscy. Na wszelki wypadek w czasie uroczystości otwarcia unikano podania informacji o dofinansowaniu inwestycji z funduszy europejskich. To ryzykowna zagrywka, bo taki obowiązek ciąży nawet na mikroprojektach, które otrzymały choćby najmniejsze dofinansowanie. Przedstawiciel UE (czyżby samozwańczy?) nie został dopuszczony do głosu. Pewnie chciał wrzucić swoje trzy eurocenty albo, co gorsza, coś zabrać.

A przecież nasz patriotyczny rząd nic sobie zabrać nie da, choć z powodu kar za niewykonywanie wyroków TSUE oraz przez wstrzymanie płatności z Funduszu Odbudowy i nowego budżetu UE niedługo staniemy się w Unii płatnikiem netto. W ten sposób dołączymy do takich unijnych potęg jak Francja, Niemcy, Niderlandy, Szwecja czy Luksemburg. Przynajmniej na chwilę. I o take chwile rządowi chodziło. Tak sądzę.

Nie ma demokracji bez socjaldemokracji

Posted in demokracja, historia, Kraków, lewica, polityka, Polska with tags , , , , , , , , on 6 listopada, 2022 by aristoskr

Zwykle przy tej okazji przypominam zapomniane lub wyparte ze społecznej świadomości okoliczności odzyskania niepodległości w 1918 roku. Czyli komu zawdzięczamy tę niepodległość bo nie była to wyłącznie zasługa tych, którzy uważali się za Polaków. Zawdzięczamy ją w dużym stopniu komunistom i socjalistom.

Komunistom rosyjskim, bo bez zwycięstwa bolszewików, bez wojny domowej w Rosji nie mogłaby powstać Polska. Demokratyczna Biała Rosja po rewolucji lutowej oferowała Polakom autonomię. Bez komunistów niemieckich , bez rewolucji w Berlinie i Bawarii, choć nie udanych, Powstanie Wielkopolskie na mogłoby podzielić losy pierwszych Powstań Śląskich.

Bez polskich socjalistów i komunistów nie udałoby rozbroić i niedobitków armii zaborczych ustanowić administracji polskiej nie tylko na terenie Górnego i Cieszyńskiego Śląska, Małopolski ale też w miastach i miasteczkach Kongresówki.

Zgoda polityków, naszych i obcych była wymuszona strachem. To strach przez czerwoną falą spowodował wypuszczenie Piłsudskiego z niemieckiego więzienia. To strach przygnał do niego członków Rady Regencyjnej, dobrze wiedzących, że podróż socjalistycznym tramwajem była dla niego tylko krótką przejażdżką.

Piłsudski zresztą wsiadł do czerwonego tramwaju tylko dlatego, że żadnych innych nie było. Jedyną grupą polityczną, czynnie działającą na rzecz wyzwolenia Polaków byli socjaliści. Byli tak bardzo zdeterminowani, że specjalnie dla nich Marks zrobił wyjątek ze swojego internacjonalizmu, uznając Polaków za naród rewolucyjny i nieodzowny dla przyszłej Europy. Być może nie tylko w tej sprawie Marks się pomylił, choć wtedy w roku 18, wydawać się jeszcze mogło , że miał rację. Dopiero wiele lat później część Polaków postanowiła zaprzeczyć tej tezie.

Wolną Polskę zawdzięczamy więc lewicy zagranicznej i polskiej. Na polityczne deklaracje zawarte w małej konstytucji i konstytucji marcowej duży wpływ mieli socjaliści zwłaszcza z PPSD Galicji i Śląska a także z pozostałych zaborów. Strach przed czerwonymi Radami Delegatów Robotniczych, przed widmem rewolucji które błąkało się po Europie sprawił, że postulaty socjaldemokratyczne trafiły dokumentów ustanawiających wolną Polskę.

Prawa wyborcze kobiety, nie tylko socjalistki, wywalczyły sobie same. Był największy zryw kobiet w historii Polski. W dodatku nie w obronie czegoś a w walce o coś. O równe prawa, przynajmniej o prawa wyborcze. Jakikolwiek potem zrobiły z nich użytek.

Tyle na początku. Potem tradycyjnie było coraz gorzej. Kryzys ekonomiczny i polityczny zamach stanu byłych legionistów. Setki zabitych. Bereza i proces brzeski. Przejęcie przez sanację narodowej czy wręcz nacjonalistycznej retoryki endeków wyznaczyło koniec II RP. Znowu przyjęliśmy wariant węgierski. Nie po raz pierwszy i jak się okazuje nie po raz ostatni. Nic więc dziwnego, że dzisiejsza władza z sentymentem patrzy na Sanacyjną Rzeczypospolitą, choć żadnej naprawy ta sanacja nie dokonała.

Marcin Piątkowski w swojej historii gospodarczej Polski (Europejski lider wzrostu) ocenia, że z taką klasą polityczną i w takich uwarunkowaniach geopolitycznych, II Rzeczypospolita nie miała szans na modernizację. Za dużo w niej było feudalizmu. Być może można było dokonać więcej, ale wymagałoby to posiadania przez Sanatorów nieco szerszych horyzontów.

Ustanowienie przez Sanację na cześć Piłsudskiego, oraz własną, 11 listopada jako święta Państwowego było jedną z ostatnich desek ratowania wizerunku. Teraz ten 11 listopada staje się bardziej narodowy niż państwo i wpada w coraz bardziej brunatne odcienie. Dlatego powinniśmy pamiętać i przypominać, że Polska zaczęła się wcześniej, już w październiku 1918 roku. A pierwszy rząd Polski stworzyła lewica.

Tym bardziej teraz gdy są nadzieje, że brunatne chmury uda się usunąć znad Sejmu i znów Lewica będzie musiała przywracać wolność równość, braterstwo i siostrzaństwo. I wcale nie musi być teraz łatwiej niż w roku 1918, bo horyzonty klasy politycznej nie są szersze niż wtedy. I wiele grup jest gotowe bronić swoich uprzywilejowanych pozycji, bez względu na społeczne koszty reszty współobywateli.

Obowiązek ruszania z posad bryły świata , by zmienić go na bardziej sprawiedliwy cały czas spoczywa na lewicy.

Mieszanie w sondażach

Posted in demokracja with tags , , , , , on 30 października, 2022 by aristoskr

Do wyborów samorządowych raczej dalej niż bliżej, a to z powodu kolejnej próby wydłużenia kadencji samorządów. Mieszanie w sondażach wyborczych trwa, a w Krakowie atmosfera jest nieustannie podgrzewana dodatkowo przez niezaspokojony apetyt Łukasz Gibały. Niespełniony biznesmen i polityk śni sen nieprześniony o fotelu Prezydenta Miasta Krakowa. Niemal co kwartał pojawia się sondaż realizowany na jego zlecenie, w którym to sondażu oczywiście Gibała wygrywa najbliższe wybory.

Ostatnie wyniki komentuje prof. Andrzej Piasecki: „Piłka jest cały czas w grze i obok kandydatów już znanych, takich jak Łukasz Gibała i Małgorzata Wassermann, moim zdaniem szanse o wiele większe niż to, co widać w sondażu, mają pozostali kandydaci, np. rektor Uniwersytetu Ekonomicznego prof. Stanisław Mazur”. Profesora dziwi szybki spadek notowań urzędującego prezydenta Jacka Majchrowskiego, choć może nie powinien. Bieżącą kadencję Majchrowski wygrał jako przedstawiciel komitetu wyborczego zjednoczonej opozycji. Głosowali na niego nawet niektórzy wyborcy PiS-u. Prezydent słynie z tego, że potrafi się dogadywać z przedstawicielami różnych opcji politycznych. To jego mocna strona, która jednak może stać się wadą. Dziś Jacek Majchrowski jest krytykowany ze wszystkich stron, nawet przez własne otoczenie. W radzie miasta nie może liczyć nawet na tych radnych, którzy od lat kandydowali z jego komitetu wyborczego. To pewnie o nich Andrzej Kulig, pierwszy zastępca prezydenta, powiedział kiedyś, że znaleźli się w radzie tylko dlatego, że prezydent wziął ich na listę. Może to być kolejny dowód na to, że nawet Jacek Majchrowski czasem się myli.

W sondażu pojawiło się też pytanie o poparcie komitetów wyborczych w wyborach do Rady Miasta Krakowa. Wyniki nie pokazują jednoznacznych zwycięzców. W grze o wygraną pozostają trzy komitety. Podium otwiera Koalicja Obywatelska z 21% poparcia, zaraz za nią plasuje się Prawo i Sprawiedliwość: 19%, i Komitet Wyborczy Łukasza Gibały: 17%. Dalej znalazła się Polska 2050 Szymona Hołowni: 11%, a dopiero na piątym miejscu Komitet Jacka Majchrowskiego: 10%. Wyniki poniżej 10% uzyskują Nowa Lewica: 8%, i Konfederacja: 6%.

Wbrew temu, co napisano w komentarzach, taki rozkład głosów dałby mandaty tylko trzem ugrupowaniom. Trzeba jednak pamiętać, że w ostatnich wyborach oprócz PiS-u startował koalicyjny komitet wspierający Jacka Majchrowskiego, składający się z PO, Nowoczesnej i Klubu Prezydenckiego oraz wspierany przez SLD. Prawdopodobna jest próba utworzenia podobnej koalicji, zdolnej do zdobycia większości głosów. A wtedy komitet Gibały mógłby nie uzyskać ani jednego mandatu.

W sondażu pytano także o aktualne preferencje polityczne. Tutaj wygrywa Koalicja Obywatelska: 33% poparcia, na drugim miejscu jest Prawo i Sprawiedliwość: 24%, a na kolejnych Polska 2050 Szymona Hołowni: 17%, Nowa Lewica: 10%, i Konfederacja: 6%. W porównaniu w wynikami osiągniętymi w Krakowie w wyborach 2019 roku, w sondażu PO uzyskała tylko o 2 punkty mniej niż Koalicja Obywatelska (PO, Nowoczesna, Zieloni). PiS traci aż 9 punktów (spadek z 33% do 24%), a Nowa Lewica (SLD, Razem, Wiosna) ponad 5 punktów, bo w wyborach w 2019 w Krakowie osiągnęła 15,11%, co było najlepszym wynikiem od 2001 roku. Konfederacja traci 2 punkty.
Polska 2050 Hołowni w 2019 roku nie startowała, a teraz zajmuje stabilne trzecie miejsce, przynajmniej w Krakowie.

Więcej wątpliwości budzą wyniki sondażu kandydatów na Prezydenta Miasta. Prof. Mazur wielokrotnie się zarzekał, że nie będzie startował przeciw Jackowi Majchrowskiemu. Trudno też sobie wyobrazić, by Rafał Komarewicz, szef klubu radnych Jacka Majchrowskiego, odważył się kandydować przeciw swemu chlebodawcy. Wydaje się więc, że sondażowy sukces Łukasza Gibały powstał w głowie Łukasza Gibały. Wyglądał tak: w pierwszej turze Gibała otrzymałby 24% głosów, na Małgorzatę Wassermann zagłosowałoby 20% wyborców, a na Jacka Majchrowskiego 16%. Mniejsza część głosów w pierwszej turze otrzymaliby: Aleksander Miszalski, popierany przez PO (13%), Rafał Komarewicz z Polski 2050 (10%), Konrad Berkowicz z Konfederacji (4%), Tomasz Urynowicz z Porozumienia (4%) i rektor Uniwersytetu Ekonomicznego Stanisław Mazur (2%). Niezdecydowanych pozostaje 8% ankietowanych.

Ostatnim elementem do uwzględnienia są wybory parlamentarne, które odbędą się przed wyborami samorządowymi. Jakiekolwiek będą ich wyniki – choć wszystko wskazuje dziś na to, że tym razem PiS nie zdoła ich wygrać – niewątpliwie wpłyną na wybory samorządowe, być może w decydujący sposób, już nawet na etapie budowania lokalnych sojuszy i list wyborczych.

A sondaże warto obserwować, jednak bez większej ekscytacji…

A jak tam, sąsiedzi, u was w gminie ?

Białe szaleństwo

Posted in społeczeństwo with tags , , , , , , , on 21 października, 2022 by aristoskr

Popularne (od kiedy, nie wiem) określenie narciarstwa zjazdowego (alpejskiego) zyskuje na adekwatności. Im cieplejszy klimat, tym bardziej szalone jest narciarstwo, nawet jeśli nie chodzi o zjazd z Czomolungmy.

Szwajcarska Akademia Nauk poinformowała, że rok 2022 był rekordowy pod względem topnienia lodowców. Tylko w tym jednym roku szwajcarskie lodowce straciły 6% objętości, a w sumie mają zaledwie połowę tego, co sto lat temu. Nie jest to tylko zmartwienie narciarzy, ale i wszystkich Szwajcarów, korzystających z energii elektrycznej wytwarzanej w bardzo licznych lokalnych elektrowniach zasilanych przez wodę z topniejących sezonowo lodowców. W ten sposób wytwarzana jest ponad połowa energii elektrycznej zużywanej w tym kraju. W Szwajcarii są też elektrownie atomowe, ale przy możliwym załamaniu produkcji w elektrowniach wodnych może to nie wystarczyć.

My mamy inne problemy. To znaczy, mamy narastające problemy z produkcją energii elektrycznej, ale dla niektórych ważniejszy jest szybki dojazd w góry. Ostatnia inspekcja budowy tunelu w ciągu nowej „zakopianki” wskazuje na priorytety najwyższych władz. Trzeba poszaleć, póki można – póki jeszcze jest prąd i trochę wody, tak że da się wyprodukować śnieg. Przynajmniej w tym roku jeszcze, jeśli operatorzy stacji narciarskich zdołają zapłacić za prąd. Naczelny Polski Narciarz niecierpliwie wygląda początku sezonu. Czy przeczuwa, że może to być już ten ostatni? Czy też jak dziecko cieszy się na pierwszą gwiazdkę, mimo że wygląda ona raczej na spadający na dom meteoryt?

Zadziwia mnie spokój wszystkich wielbicieli białego szaleństwa i głęboka wiara, że będzie śnieg (przynajmniej na stokach) i będzie jazda. No, ale czy po wielbicielach szaleństwa można się spodziewać rozsądku?

Jest też wielu takich, którzy chcą na wielbicielach zarobić. Za wszelką ceną i na wszystkie sposoby. Mało kto pamięta o austriackim kurorcie, który stał się siedliskiem COVID. Nie wiadomo dokładnie, jak się nazwę owego kurortu czyta, ale zabawa szła tam na całego. Niech żyje bal w Ischgl! – zaśpiewałaby pewnie Maryla, gdyby tam wtedy była; na swoje szczęście nie dotarła, o ile w ogóle miała takie plany. Mimo że już 1 marca roku pandemicznego 2020 podniesiono alarm po wykryciu pierwszych przypadków, do 10 marca szaleństwo białe i inne takie bardziej barowe trwało w najlepsze. W kwietniu 2020 pobrano próbki od stałych mieszkańców kurortu i okazało się po badaniu, że prawie połowa z nich miała kontakt z patogenem. Wyższy wynik zanotowano tylko w Bergamo we Włoszech, w jednym z epicentrów włoskiej epidemii. Tam z kolei wykryto patogeny u 57% populacji miasta. A co narciarzami? Statystycznie co drugi powinien z Ischgl wyjechać z wirusem. Ale mogli też wyjechać z nim wszyscy.

Bądźmy jednak dobrej myśli, przecież nie co roku mamy pandemię. W Polsce w tym roku już jej oficjalnie nie mamy, a trudno się spodziewać, by pojawiła się ponownie w roku wyborczym. Ja przynajmniej szczerze jej to odradzam.

Ale wracajmy na nasze zbocza, jeśli jest do czego wracać. Zakopane chce wprowadzić nocną prohibicję, do takiej samej przymierza się Kraków. O ile w Krakowie można coś robić nocą na trzeźwo, o tyle w Zakopanem już trudniej. Ani widoków, ani teatrów, ani kinów (przepraszam, było do rymu[ów]). Nawet miłość w Zakopanem (do Sławomira i ze Sławomirem) już nie ta sama i nie taka sama. Choć szczerze mówiąc, dopiero song tegoż Sławomira: „Ty, mała, znów zarosłaś”, wprawił mnie w poznawczy stupor. Czyste szaleństwo, mówię wam.

A wracając do szaleństw. Kancelaria premiera modli się podobno o ciepłą i bezśnieżną zimę, bo zapasy gazu są takie bardziej wirtualne, a węgiel taki podobno bardziej niepalny. Kancelaria prezydenta modli się z kolei o mróz i zaśnieżone – nieważne, w jaki sposób – stoki, tak by prezydent szalał bardziej tam, a nie w kancelarii. Mówię wam: a planety, szaleją, szaleją, a Europejczycy się śmieją, się śmieją. Do czasu.

Och, mój boże, drogi.

Posted in ekologia with tags , , , , , on 14 października, 2022 by aristoskr

Nie, tym razem nie będzie to tekst o religii, ale o drogach. Skoro jednak mam wrażenie, że każdy tekst w Polsce zaczyna się od invocatio Dei, chciałbym dołączyć do głównego nurtu, czyli – tak jak poseł Raś – znaleźć się w centrum.

Polacy kochają drogi podobnie jak Amerykanie, a łączy nas Bobby Vinton, który już dawno temu śpiewał o drodze, że ją kocha („Moja droga, ja cię kocham”), choć po angielsku (amerykańsku?) leciało to nieco inaczej: „My melody of love”. Niemniej jest to typowa piosenka drogi. Jeszcze dziś można ją usłyszeć w różnych miejscach, nawet tych od drogi, albo od szosy, dalekich. Nawet serial o drodze został kiedyś nakręcony, a Wiesław Gołas głosem Wojciecha Młynarskiego śpiewał/mówił, że… absolutnie, kocha drogę.

Po tej dygresji mogę wrócić na właściwe drogi. Tu właśnie jednak problem tkwi jak korek w drodze: nie mamy właściwego podejścia do dróg, a nasza miłość do nich jest toksyczna. Nie aż tak zabójcza jak amerykańska, ale też szkodzi.

Bardzo lubimy otwierać nowe drogi – tak bardzo, że niektóre otwierane są nawet dwa lub trzy razy, a liczba otwierających rośnie z każdym otwarciem. Kraków też nie jest wolny od tej miłości. Nie wiem, czy to reprezentatywne dla reszty kraju, ale ostatnie krakowskie otwarcie pięknego ronda i wiaduktu (na Osiedlu Piastów), choć prowadzących trochę donikąd, zgromadziło tylu otwierających, że ledwie zmieścili się na wspólnym zdjęciu.

Moje rozważania o drogach zacznę jednak od wielkiej drogi, czyli nowej „zakopianki”. Zbliża się nieuchronnie do końca budowa tunelu w Naprawie (tej, w której u Jalu Kurka szalała grypa), niedługo więc będzie można szaleć na prawie całej trasie – a w zasadzie od Myślenic do końca tunelu, nie do samego Giewontu. Wychodząc naprzeciw amatorom białego szaleństwa (jak sądzę), GDDKiA rzuciła do dyskusji koncepcję budowy nowej, całkiem nowej „zakopianki bis”, bo stara, ta od Krakowa do Myślenic, jest pełna samochodów. Trudno powiedzieć, jakie prognozy przeczytali autorzy tej koncepcji i z którego były one roku, bo z prognoz GUS-owskich wynika, że liczba ludności Polski spada i spadać będzie, a w tym spada również liczba amatorów różnych szaleństw z białym włącznie. Współczynnik dzietności systematycznie maleje od 2016 roku i wygląda, że nie przestanie maleć. Spada też prognozowana długość życia, między innymi z powodu pandemii.

Generalnie według prognozy z 2013 liczba ludności Polski miała do 2045 roku spaść poniżej 35 milionów. A teraz już wiemy, że ten wynik raczej uda się osiągnąć szybciej. Trudno więc liczyć, że nagle zwiększy się liczba użytkowników dróg i pojazdów. No, ale co ma robić GDDiA, jeśli nie będzie budować dróg? Zamiast sprawdzić , czy na pewno jest po co budować drogę zdatną do użytku za piętnaście lat, przedstawia się do dyskusji sześć wariantów, z których każdy bez wątpienia wzbudzi gorące protesty.

W miarę rozwoju dróg dziwnie spada długość i częstotliwość (ta jeszcze bardziej) połączeń komunikacji autobusowej: z ponad 700 tysięcy kilometrów w 2016 roku do niespełna 400 tysięcy kilometrów w 2021 (GUS). O częstotliwości zmilczę.

Na naszym lokalnym, krakowskim podwórku też wiele się dzieje. Ledwo skorygowano trasę tramwaju w stronę Mistrzejowic od ul. Mogilskiej, który dzięki temu uniknął losu tramwaju z trasą szybkiego ruchu, a już zaczynają się konsultacje Trasy Pychowickiej i Zwierzynieckiej. Patrząc na świeżo oddaną Trasę Łagiewnicką, dochodzę do wniosku, że budowanie w podobnym zakresie Trasy Pychowickiej kompletnie nie ma sensu. Chodzi nie tylko o to, że Trasa Zwierzyniecka ma powstać później albo nie wiadomo kiedy (a może i wcale). Tak naprawdę połączenie tramwajowe – a na nim przecież powinno najbardziej krakowianom zależeć – można uzyskać, budując linię tramwajową od ul. Monte Casino wzdłuż
ul. Gen. Zielińskiego do Wisły z mostem tramwajowo- rowerowo-pieszym w okolicy mostu Zwierzynieckiego. Bardziej zaś od tunelu pod wzgórzem Świętej Bronisławy przydałby się tramwaj w alejach Trzech Wieszczów. Nawet jeśli poprowadzenie go dalej ulicą Konopnickiej nie jest technicznie wykonalne, to nowy most, o którym mowa wyżej, dałby nam połączenie z Dębnikami i Łagiewnikami.

Swoją drogą, zgodnie ze wspomnianą już prognozą Kraków zbliża się do maksimum zaludnienia i nie należy się spodziewać, że liczba mieszkańców dojdzie do magicznego miliona.

Kończą się, tak przy okazji, konsultacje projektu budowy linii tramwajowej od ul. Teligi do Wieliczki (lub tylko osiedla Rżąka), mającej obsłużyć również nowo otwarty kompleks szpitalny w Prokocimu. Zadziwiające, że choć budowa szpitala trwała kilka lat, a decyzja lokalizacyjna zapadła już w 2006 roku, w ogóle nie pomyślano o obsłudze komunikacyjnej kompleksu. Obciąża to poprzednie kadencje samorządu i współpracowników Jacka Majchrowskiego, nie zdejmuje jednak odpowiedzialności z prezydenta, który przecież sprawuje swoją funkcję od roku 2001. Zadziwia też brak determinacji władz Uniwersytetu Jagiellońskiego, a w szczególności Collegium Medicum, w domaganiu się od miasta inwestycji komunikacyjnych. Czyżby UJ nie widział świata poza niewidzialnymi murami uczelni? Analogie z Niewidocznym Uniwersytetem Pratchetta nasuwają się same.

Zachęcam więc do umiaru w drogach na całej ich szerokości i długości. I do jazdy tramwajem – wszędzie tam, dokąd da się nim dojechać. Trzymając w ręku kamyk zielony. A w drugiej ręce bilet miesięczny, opłacony.

Niebezpieczne związki

Posted in demokracja, historia, polityka with tags , , , , , , , on 2 października, 2022 by aristoskr

Popularna jest opinia, że nacjonalizm to dziecięca choroba demokracji. Jest w tym dużo prawdy, bo faktycznie nacjonalizm jest zastępczą legitymizacją władzy, wraz z odrzuceniem koncepcji władzy ludu jako zbyt ryzykownej. Zaczęło się to od Napoleona – cesarza Francuzów, bo Francuzek jakby nieco mniej, co wyraźnie dało się dostrzec w Kodeksie Napoleona.

A potem już poszło. Narodowość czy też przynależność narodowa, podobnie jak nacjonalizm, są szczególnego rodzaju reliktem kulturowym. Tak mówi Benedict Anderson i ja się z nim zgadzam. Narody wyobrażane są jako wspólnoty ograniczone, ponieważ nawet największa wspólnota zamieszkująca choćby największe terytorium musi zawsze pozostać ograniczona ze względu na granice geograficzne i na przeświadczenie członków wspólnoty o swojej przynależności do danego miejsca. Nacjonalizm to z kolei pogląd ludzi ograniczonych – ograniczonych nie tylko w sensie horyzontu zwężonego do własnego narodu, ale też ograniczonych w postrzeganiu rzeczywistości.

W kulturze nowożytnej najważniejszymi elementami symboliki narodowej są groby nieznanych żołnierzy. Martwi bohaterowie są ważniejsi niż żywi, żywi zaś mają obowiązek w razie konieczności zostać martwymi bohaterami. Jak wyjaśnia Anderson, skoro wyobrażenia narodowe dotyczą takich właśnie kwestii, świadczy to o ich bliskim pokrewieństwie z wyobrażeniami religijnymi, a to z kolei wskazuje na zakorzenienie nacjonalizmu w śmierci, ostatecznym przeznaczeniu każdego człowieka niezależnie od jego wieku.

Może to tłumaczyć łatwość, z jaką nacjonalizmy łączą się religiami, choć wszystkie religie twierdzą, że są ponadnarodowe. Nacjonaliści zyskują w ten sposób religijne (boskie) namaszczenie i pewność, że głoszą jedyną prawdę, a religie zyskują wyznawców, wpływy, i pieniądze. Tak oto sojusz tronu i ołtarza zostaje zastąpiony sojuszem ołtarza z rózgami liktorskimi, mieczykami Chrobrego, strzałokrzyżami czy ostatecznie z jedną tylko literą: „Ω” bądź „Z”. Nie ma dobrych nacjonalizmów, tak jak nie ma dobrych nacjonalistów.

Michaił Sałtykow-Szczedrin, rosyjski pisarz, ale też carski urzędnik z XIX wieku, pozytywista i wnikliwy obserwator rosyjskiej prowincji, jest autorem często przywoływanej maksymy: „Kiedy zaczynają dużo mówić o patriotyzmie, Bogu, honorze i ojczyźnie, to na pewno znowu coś ukradli”. Konstatacja ta może dotyczyć każdego nacjonalizmu. Jakoś łatwo przychodzi nacjonalistycznym reżimom chronienie „prawdziwych patriotów” przed kontrolą i krytyką, tak jakby wobec nacjonalizmu wszelkie inne cnoty bladły i przestawały być istotne. Możemy się domyślać, co by Szczedrin sądził o dzisiejszej Rosji. A co powiedziałby o Polsce? Może powtórzyłby za Gałczyńskim frazę o pewnym Polaku i Kościuszce?

Mamy do wyboru nacjonalizm lub demokrację. Prawdziwą cywilizację śmierci lub wspólnotę umożliwiającą przeżycie. Przynajmniej dopóki mamy jeszcze wybór.

Wybierzmy życie.

Tegoroczne Dni Świeckości odbywały się pod hasłem Religie i nacjonalizmy. I ich niebezpiecznych związkach. I miedzy innymi z powodu tych związków należy wypowiedzieć konkordat.

Czerwony autobus. Albo widmo

Posted in gospodarka, Kraków, polityka, Polska, samorząd with tags , , , , , , , on 3 września, 2022 by aristoskr

Stowarzyszenie Ekonomiki Transportu uczciło 1 września komunikatem, że do 20% gmin w Polsce wraca autobus. Zwykle jeden kursujący do szkoły i z powrotem. To i tak lepiej niż w kolejnych 20% gmin, w których nie kursuje żadna komunikacja publiczna, a co najwyżej słynne busy. Towarowo-osobowe. Reasumując, można ogłosić sukces: ponad połowa kraju ma dostęp do transportu publicznego. W uzupełnieniu należałoby dodać, że od 2015 roku zlikwidowano 230 tysięcy kilometrów linii autobusowych. Lepsze jutro było więc raczej przedwczoraj.

Żyjąc w większym mieście takim jak Kraków, mamy do czynienia z niezwykłą sytuacją: transport publiczny nieustannie się poprawia. Mieszkańcy takiego miasta mają nie tylko lepiej niż ponad połowa reszty kraju, ale zapewne lepiej niż trzy czwarte, choć poziom oczekiwań nie tyle rośnie w miarę jeżdżenia, ile przyspiesza z każdy rokiem. Utyskiwania nad niedoskonałością komunikacji w Krakowie (Warszawie, Trójmieście itp.) są zapewne uzasadnione, ale mogą nie zrobić wrażenia na reszcie kraju.

Przyczyn tego stanu jest kilka. Pierwsza to transformacja systemowa, w wyniku której doszło do zapaści komunikacji publicznej, a przecież i w roku 1989 nie można było transportu publicznego uznać za dobry nawet tam, gdzie był trochę lepszy. Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z dostępnością europejskich funduszy przedakcesyjnych, a potem funduszy unijnych. Stan komunikacji poprawiał się tam, gdzie komunikacja w ogóle była, czyli w metropoliach i większych miastach.

W tychże samych miastach narastają inne problemy. Zupełnie jak w filmie „Samochody, które pożarły Paryż”. Na szczęście dla Francuzów, akcja filmu toczyła się w Paryżu w Australii – bardzo małym, ale bardzo zmotoryzowanym, bo każdy mieszkaniec miał tam samochód. Prawie jak w prawdziwym mieście, na przykład w Krakowie. W ubiegłym roku na tysiąc mieszkańców Krakowa przypadało 797 samochodów (624 tysięcy samochodów na 782 tysięcy mieszkańców), czyli w zasadzie po jednym samochodzie na każdego mieszkańca zdolnego do prowadzenia samochodu. Samochody zjadają Kraków, co widzą wszyscy oprócz posiadaczy samochodów. Do tego jeszcze dochodzą, a w zasadzie dojeżdżają, pojazdy spoza Krakowa, szczególnie z miejscowości, do których komunikacja publiczna od dawna nie dojeżdża. Słusznie krytykuje się władze Krakowa, że dokonują nadmiernie okazałych inwestycji drogowych, zamiast wspierać komunikację publiczną. Z drugiej strony lobby samochodowe podkreśla, że Kraków to jedno z bardziej zakorkowanych polskich miast. Wytłumaczenie jest takie: albo te korki nie są jednak tak dotkliwe, albo posiadacze samochodów lubią w nich stać.

Po wakacjach komunikacja publiczna w dużych miastach jakoś nie może dojść do siebie, a pasażerowie mają kłopot, by do siebie dojechać. Szereg analiz szuka przyczyn tego nagłego (czyżby?) zahamowania. Wskazuje się na spadek zainteresowania pracą u publicznych przewoźników, na oczekiwania (raczej słuszne) wyższych zarobków i komfortu pracy, czyli tego, na czym publiczni przewoźnicy starali się oszczędzać. Od lat maleje strumień pieniędzy cieknący do samorządów. Te, które korzystały z funduszy europejskich, inwestowały w tabor i trakcję. W rezultacie zajezdnie mamy niemal pełne nowoczesnych pojazdów, tylko nie ma ich kto prowadzić.

Transport publiczny cierpi na te same dolegliwości co cały sektor – finansowany ze środków budżetowych – usług publicznych. Opieka zdrowotna, oświata, transport, administracja zmagają się z brakiem pracowników, niskimi płacami i jeszcze niższym komfortem pracy. Samorządom brakuje pieniędzy, brakuje ich w oświacie i ochronie zdrowia. Kto tylko może, ucieka, szukając wyższych zarobków i (lub tylko) spokoju.

Busines Insider (Onet) analizę sytuacji w przedsiębiorstwach transportu publicznego zatytułował „Tramwaj będzie dobrem luksusowym”. Kłania się Tennessee Williams.

Z projektu budżetu państwa wynika, że pieniędzy ledwie starczy na wyborcze obietnice oraz pensje dla przedstawicieli władzy. Zakupy (w tym kupno uzbrojenia) będą na kredyt. Rok wyborczy przetrwają najsilniejsi, odporni na zimno, i rowerzyści. I ci ostatni będą wszystkiemu winni.
I oczywiście Niemcy, bo Niemcy zawsze są winni. Aktualnie ponad 6 bilionów złotych.

%d blogerów lubi to: